Dla Blondynek o Blondynkach - Kinga

Second.

sobota, 5.stycznia.2008, 00:28
Alva stała przed lustrem w łazience i próbowała doprowadzić swoje włosy do względnej normalności. Miała na sobie ciemne rurki i czarną, dopasowaną bluzkę. Szła na koncert, musiała jakoś wyglądać. Kiedy w końcu stwierdziła, że niesforne kosmyki zaczęły jej słuchać i nie sterczą już na wszystkie strony, ubrała buty na płaskim obcasie i kurtkę, wzięła do ręki torebkę i wyszła z mieszkania, zamykając za sobą drzwi na klucz.
Na parkingu przed blokiem czekała już na nią Elizabeth w ciemnozielonej toyocie yaris. Blondynka szybko ruszyła w stronę samochodu.
- Cześć – powiedziała brunetka, kiedy Alva rozsiadła się wygodnie.
- Jedźmy już.
Nie odzywały się do siebie przez prawie całą drogę. Folist za bardzo się denerwowała, Sullivan wiedziała o tym i nie chciała męczyć przyjaciółki.
- Na miejscu będą na nas czekać Kimi i Aksel.
Alva drgnęła.
- Będzie dobrze.
Miała nadzieję, że będzie.
Celem ich podróży był pub, w którym owy koncert miał się odbyć. Było to miejsce, w którym najczęściej bywała młodzież w granicach od piętnastu do osiemnastu lat. Nie brakowało tam jednak ludzi, którym dłuższy brak alkoholu w ustach szkodził. Wtedy przychodzili, siadali przed barem i pili. Muzyka była nieistotna.
Dojechały. Tak jak mówiła Elizabeth przed wejściem stało dwóch mężczyzn. Mieli około dwadzieścia parę lat. Alva wyszła z samochodu i starała się ukryć stres gdzieś w środku. Tak żeby nikt go nie dostrzegł.
Ruszyły w stronę wejścia i przywitały się z mężczyznami. Elizabeth od razu uwiesiła się na ramieniu jednego z nich.
- Jesteście – powiedział drugi i uśmiechnął się. Miał na imię Kimi, na głowie jasną czuprynę i oczy, jakie zdarzały się tylko nielicznym.
- Cześć – mruknęła Alva, starając się nie patrzeć tak intensywnie na kolegę.
Weszli do środka. Blondyn od razu udał się w stronę kulis, a Aksel i Elizabeth razem z Alvą zajęli miejsca przy stoliku na uboczu. W końcu na scenie pojawiła się kapela. Folist rozpoznała tylko jednego jej członka. Kimiego, który z gitarą stał przy mikrofonie.
*
- Mamo, pojadę na lotnisko taksówką. Nic mi się nie stanie…
Julie od pięciu minut żegnała się ze swoją matką. Bezskutecznie, rodzicielka za wszelką cenę chciała, żeby córka pozwoliła się odwieźć.
- Nie rozumiem cię, dlaczego wolisz taksówkę od naszego samochodu?
- Nie lubię pożegnań – powiedziała. – Zresztą już podjechała. Zobaczymy się za dwa tygodnie, cześć – pocałowała matkę w policzek i wyszła z domu.
Dojechała na lotnisko pół godziny później. Zapłaciła taksówkarzowi i ruszyła w stronę miejsca, w którym miała się spotkać z innymi lecącymi do Dublina. Stały tam dwie dziewczyny i czterech chłopaków. Oczywiście był też organizator podróży, który jak tylko zobaczył blondynkę – sprawdził czy ma wszystkie potrzebne dokumenty, czyli paszport, bilet i wstęp na wykłady, oraz czy na pewno jest panną Dussander. Julie powstrzymywała się od wyśmiania go. Tak z wyglądu, jak i z zachowania przypominał trochę Jasia Fasolę. Jedno było pewne, ta podróż będzie niezapomniana.
W samolocie zajęła miejsce przy oknie. Od razu wyciągnęła książkę i odtwarzacz mp3. Mogło to oczywiście trochę nie pasować kobiecie obok, ale nienawidziła podróżować, nieważne czy samochodem, pociągiem, statkiem czy autobusem, bez słuchawek w uszach.
Kiedy dolecieli na miejsce było już po zachodzie Słońca. Busem dojechali do hotelu, a tam rozdano im karty do pokoi, którymi mieli otworzyć drzwi. W każdym pokoju zostały zakwaterowane trzy osoby. Julie trafiła na dwie pozostałe dziewczyny z grupy. Tylko w trójkę reprezentowały płeć żeńską. Od razu podzieliły szafę na trzy, ale, kiedy lokatorki blondynki rozpakowywały swoje walizki, ta odpoczywała na średnio wygodnym łóżku. Nagle komórka Julie zadzwoniła. Jak się domyśliła, jej mama musiała sprawdzić czy przypadkiem nikt jej nie porwał. Normalne , pomyślała i odebrała.
*
Szkół tańca w Faro było wiele, jednak Tatiana zawsze najbardziej lubiła tą, do której chodziła od kilku lat. Wcześniej wiele szkół odwiedziła, ale nigdy nie potrafiła się tam zaaklimatyzować. W tej byli wspaniali ludzie, kompetentni trenerzy i utalentowani uczniowie. Najbardziej zżyła się z Rossane. Od pierwszych zajęć razem się trzymały, rozmawiały i ćwiczyły. Ciemnowłosa była chyba najbliższą osobą Tatiany. Poza nią nikomu nie ufała na tyle mocno, żeby zwierzyć mu się ze swoich problemów i sekretów.
Kiedy dotarła do szatni, Rossane już tam była.
- Cześć – mruknęła.
- Hej… - ciemnowłosa przyjrzała się Tatianie uważnie. – Coś się stało? Snujesz się, jak jakaś zmora.
- Jestem tylko bardzo zmęczona. Nie przejmuj się.
- To dobrze. Masz dwie minuty, żeby się przebrać – oznajmiła i wyszła z szatni.
Kiedy blondynka weszła na salę, pozostałe dziewczyny już się rozciągały lub ćwiczyły różne kroki ze swoimi partnerami. Darstee podeszła do Daniela, z którym tańczyła i przywitała się.
- Cieszę się, że cię widzę – oświadczył z uśmiechem.
- Twoja radość ma jakieś konkretne powody…?
Chłopak zastanowił się chwilę.
- Nie ma, ale czy nie mogę cieszyć się, że cię widzę?
Tatiana odpowiedziała mu tylko dwuznacznym uśmiechem.
Do sali weszła ich trenerka. W ręce trzymała kartkę, która sprawiła, że wszyscy przestali robić to co dotychczas robili i stanęli jak słupy soli.
- Dzień dobry wszystkim. Widzę, że wyniki zawodów bardzo was interesują – uśmiechnęła się sympatycznie. – Sama nie mogę w to uwierzyć, ale to prawda. Moi uczniowie zakwalifikowali się do Międzynarodowego Turnieju Tańca Towarzyskiego. Chyba się zaraz popłacze – mówiła, jednak w oku naprawdę jakby zakręciła jej się niepozorna łezka. – Dobra, nie trzymam was w niepewności. Do Lizbony pojadą TATIANA I DANIEL!
Blondynka stała i przez chwilę nie mogła uwierzyć w to co usłyszała. Niedługo potem już wisiała na szyi Daniela i cieszyła się razem z nim. Przez miesiąc czasu będzie mogła pod okiem najlepszych trenerów szkolić się i poprawiać błędy, jakie jeszcze czasami zdarzyło jej się popełnić. Później miała wystartować w turnieju, o którym marzyła przez całą swoją naukę tańca. Była najszczęśliwszą dziewczyną na świecie!
*
- Słucham?
Scofield nie wyglądał na osobę, która żartuje, więc tym bardziej blondynce trudno było uwierzyć w to, co się dzieje. Właśnie mężczyzna, którego wcale nie znała i, z którym zamieniła kilka zdań, zaprosił ją na dwutygodniowe wczasy w Barcelonie. Czy on oszalał?!
- To może nienormalne, wiem…, ale sam na pewno się tam nie wybiorę. Ona ze mną nie pojedzie. A pani… a pani odpocznie i… wcale nie będzie musiała zwracać na mnie uwagi.
Summer siedziała sztywno, a od środka czuła, że zaraz eksploduje. Mieszały się w niej przeciwne emocje. Spojrzała w stronę dziewczyny, która pracowała razem z nią. Ona również była zaskoczona tym, co mówił. Niecodziennie klient zapraszał Cię na podróż na drugi koniec Europy ot tak. Blondynka czuła się trochę jak w kiepskiej komedii romantycznej z oczywistym happy endem.
Głupia, skarciła się w myślach i skierowała wzrok na Scofielda. Patrzył na nią i miał to coś w swoim spojrzeniu. Jakby prześwietlał ją wzrokiem. Czuła się, co najmniej dziwnie.
- Myślę, że to głupota, panie Scofield. Przecież kompletnie mnie pan nie zna, ja pana zresztą też – odezwała się w końcu. – Zresztą, źle bym się czuła, jeśli miałabym wypoczywać za pańskie pieniądze.
Mężczyzna od razu pokręcił głową.
- Nie musi pani się tym martwić! Pieniądze nie są ważne.
- Nadal uważam, że lepiej będzie, jeśli pojedzie pan z kimś, kogo pan zna.
Scofield wstał.
- Rozumiem. Nie dziwię się. Do widzenia.
Ruszył w stronę drzwi i już miał pociągnąć za klamkę, kiedy Summer krzyknęła:
- Jeden warunek!
Nie odezwał się.
- Jestem Summer, nie żadna pani.
Uśmiechnął się blado i wyszedł.
Parker nie do końca wierzyła, co właśnie się stało, ale nie mogła się powstrzymać, żeby nie skorzystać. Wszelkie zasady, reguły i obowiązki zeszły na plan całkiem niepotrzebny i zapomniany.
Zrozpaczeni faceci, to największe nieszczęście na świecie, pomyślała. Miała dużo racji.
*
Claudie siedziała z czwórką innych dziewczyn, równie szczupłych i równie ładnych, jak ona, w białym pomieszczeniu z czerwoną kanapą, ciemnym stolikiem i kilkoma meblami w takim samym kolorze. Na ścianach wisiały duże zdjęcia i plakaty z różnymi modelkami, jak i modelami. Wszystko w tym miejscu było idealne. Tylko ona czuła się niczym wyrzutek. Co w ogóle robi w agencji modelingowej?! Pomieszało jej się w głowie, na pewno. W dodatku została siłą przywieziona do tego miejsca, a jej cudowna kuzynka na chwilę zamieniła się miejscami z jasnowidzem i przepowiedziała jej karierę modelki. Blondynka miała dosyć, jak tylko to usłyszała. Naburmuszona siedziała teraz na kanapie i próbowała skupić się na czymś bardziej ambitnym niż jej nowe koleżanki. Rozmawiały o swoich paznokciach, włosach i nieistniejących fałdkach na brzuchu.
Do pokoju weszła wysoka kobieta po czterdziestce. Miała na sobie dopasowaną szarą spódnicę i obcisłą czarną bluzkę. Wokół tali zapięty miała modny pasek, a włosy spięte jakąś magiczną spinką. Wyglądała, jak żona redaktora naczelnego Playboya. Na pierwszy rzut oka Claudie skojarzyła, że musiała być modelką. Normalna kobieta nigdy nie mogłaby mieć tak idealnej figury, jak ta pani. Pieniądze czynią cuda.
- Witam was wszystkie – powiedziała i elegancko usiadła na czerwonym fotelu. – Nazywam się Sophie Meceaur. Zostałyście wybrane spośród wielu innych dziewczyn, więc powinnyście był już z siebie dumne. Teraz zostaniecie przygotowane do sesji zdjęciowej, jaką dla was przygotowaliśmy. Do Paryża pojedzie tylko jedna z was. Dajcie z siebie wszystko.
Nagle do pokoju weszło sześć osób. Jedna trójka wzięła ze sobą rudowłosą kocicę ubraną w lamparcie cętki, a druga trójka brunetkę w za ciasnej spódnicy.
Claudie w duchu modliła się, żeby znaleźć się już w domu. Nienawidziła modelingu, wybiegu i pokazów mody. Coś ją jednak tu trzymało. Nie miała pojęcia co. Nie chciała wiedzieć co. Wtedy można by pomyśleć, że architektura nie była jej pasją, a przecież była. Uczyła się dniami i nocami, żeby zdać na wymarzoną uczelnię i w końcu osiągnęła ten cel. Wspięła się za wysoko, żeby teraz rozpocząć karierę modelki.
Zresztą, nie musiała się martwić. Sama o sobie myślała, jak o najgorszym materiałem na aktorkę, piosenkarkę i modelkę. Wystarczyło przeżyć sesję zdjęciową, końcowy efekt pokazać Nancy i spokojnie wrócić do domu.
*
- Dzięki – powiedziała blondynka, trzymając w ręce kubek gorącej kawy.
Szatynka krzątająca się przy ladzie, rzuciła jej tylko miły uśmiech. Holly od godziny siedziała w tej samej knajpce, w której wieczorem miała po raz pierwszy zaśpiewać. Była wdzięczna Victorii, bo tak nazywała się kelnerka, która przyprowadziła do niej kierowniczkę, za to, że obiecała jej, że się nią zaopiekuje, aż do czasu wieczornego występu. Kończyła pracę o czternastej, więc zaproponowała blondynce obchód po Londynie i zakwaterowanie u niej w mieszkaniu. Przez tą jedną, jedyną chwilę Holly uwierzyła, że anioły istnieją.
Kilkadziesiąt minut później obydwie siedziały na ławeczce postawionej na jakiejś ulicy rodem z lat trzydziestych. Można tam było tylko dokleić czarno-białe postaci w charakterystycznych dla tamtych czasów strojach. Zadbane kamienice tworzyły klimat, tak jak latarnie i ławeczki właśnie.
- Pewnie kochasz Londyn.
Victoria spojrzała na blondynkę i uśmiechnęła się. Odrobinę ironicznie, lecz nie zaprzeczyła.
- Londyn jest dla mnie, jak… jakaś niezdobyta twierdza. Nie mogę się do niego przekonać. Z jednej strony kocham to miasto, a z drugiej... wolałabym mieszkać setki tysięcy kilometrów stąd.
Holly usiadła wygodniej i zamknęła oczy. Po chwili ponownie je otworzyła.
- Ja za to bardzo lubię mój Oxford. Nie wiem za co. Chyba za ludzi po prostu. Za niesamowite chwile, jakie z nimi spędziłam.
- Chodźmy – postanowiła szatynka. – Jeszcze sprawisz, że zrobię się sentymentalna i wrażliwa. Tego bym ci nie wybaczyła.
- Daleko jest stąd do twojego domu?
- Mieszkania. Jest o tu – wskazała ręką na niebieską kamienicę z szarymi „ramkami” wokół okien.
- Bosko, zawsze chciałam mieszkać w kamienicy.
- Nie przyzwyczajaj się – powiedziała ironicznie Victoria.
Blondynka była dla niej, jak postać z innego świata. Była taka szczera i nie udawała nikogo, w przeciwieństwie do wielu ludzi na tym świecie, którzy codziennie przybierali coraz to nowsze maski.
Weszły do mieszkania szatynki. Holly poczuła się, jak w wehikule czasu.
*
- Amanda, idź już sobie.
Nicoletta stała na schodach przed swoim domem i próbowała zmusić przyjaciółkę do nie jechania z nią na dworzec. Ta jednak uparcie twierdziła, że lepiej będzie, jak pojedzie i w ogóle nie ma mowy. Blondynka jęknęła cicho, po czym zapakowała swoją walizkę do bagażnika taksówki i wpakowała się na tylnie siedzenie. Amanda opadła zaraz obok niej. Do odjazdu autokaru pozostało całe dwadzieścia minut, więc nie bała się, że może nie zdążyć.
Spojrzała na przyjaciółkę i stwierdziła, że ta bardziej wszystko to przeżywa niż ona sama. Sądziła, że nie da sobie rady? Na pewno nie, co jak co, ale Amanda zawsze mówiła, że Nicole robi najpiękniejsze zdjęcia i potrafi ująć tak niesamowite chwile, że czasami można złapać się za głowę z wrażenia.
Autokar już stał przy peronie, kiedy wyszły z taksówki. Blondynka podała swój bagaż kierowcy i poprawiwszy swoją torebkę na ramieniu, podeszła do przyjaciółki.
- Obiecaj, że będziesz szalała równie mocno beze mnie, ale wszystkie najlepsze imprezy przełóżcie na po moim powrocie, jasne? – Uśmiechnęła się.
- Do zobaczenia, przyjedź mądrzejsza.
Nicole wsiadła do autokaru i zajęła miejsce przy oknie. Tylko kilkanaście osób jechało do Mediolanu, więc siedziała sama.
Wiedziała, że za kilka godzin jej świat stanie na głowie. W końcu spełni swoje marzenie i będzie mogła rozwijać swoją pasję.
*
Cadence weszła do kancelarii prawniczej w Glasgow, w której miała rozpocząć swoje praktyki. Ubrana w czarną spódnicę, dopasowaną marynarkę i białą koszulę czuła się trochę nieswojo. Do tego szpilki. Znienawidzony zestaw ubrań.
Kobieta za biurkiem włożyła jej w ręce jakieś dokumenty i poleciła, żeby udała się do gabinetu, po czym wskazała na brązowe drzwi po prawej stronie. Blondynka trochę osłupiała zrobiła, co powiedziała. Nieśmiało zapukała, a kiedy męski głos pozwolił jej wejść, weszła.
Za dużym, mahoniowym biurkiem, na czarnym krześle siedział mężczyzna około trzydziestki. Miał brązowe włosy i ciemne oczy, co Cadence zauważyła już na początku. Tabliczka na biurku mówiła, że nazywa się James Ross. Na widok blondynki trochę się zdziwił, jednak przywitał się, przedstawił i poprosił, żeby usiadła.
- Cadence Potrow, tak? – Zapytał, przeglądając dokumenty.
Kiwnęła potakująco głową. Próbowała ukryć swój stres, lecz raczej bezskutecznie.
- W takim razie ma pani do czynienia ze swoim nowym przełożonym – powiedział, oglądając dokumenty. – Zaczyna pani od jutra. Chcę panią widzieć o ósmej rano u siebie w gabinecie. Ma pani jakieś pytania?
- Tak, jedno. Co konkretnie będzie należało do moich obowiązków?
- Myślę, że tym zajmiemy się już jutro. Dziś może pani zwiedzić miasto. Naprawdę polecam – dodał z uśmiechem.
Cadence odpowiedziała tym samym, po czym pożegnała się, wstała i wyszła.
Szczęście jej dopisywało, nie musiała czekać na windę piętnastu minut, tylko jakieś trzydzieści sekund, co zdarzyło jej się pierwszy raz w życiu. W środku zobaczyła tylko blondyna, który siedział obok niej w samolocie.
- Cześć – powiedział, a ona uśmiechnęła się. – Jestem Jack.
- Cady, miło mi.
- Mi również.
Chwila krępującej ciszy.
- Jak pierwsze wrażenie?
- Kancelarii, konkretnej osoby czy ogółu?
- Może to ostatnie.
- Jest dobrze.
Jack uśmiechnął się. Bardzo rozwinięta wypowiedź.
- Masz może ochotę na kawę, przed powrotem do mieszkania?
Popatrzyła na niego i prawie utonęła w jego niebieskich oczach. Jednak zmusiła się, żeby odpowiedzieć krótko.
Chwilę później wypytywali ludzi na ulicy gdzie jest najbliższa kawiarnia.
Cady
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

First.

wtorek, 27.listopada.2007, 16:18
- Chyba sobie żartujesz – Alva spojrzała na brunetkę siedzącą naprzeciwko niej i pokręciła przecząco głową.
Owszem, nic nie wskazywało na to, że Elizabeth żartuje, jednak Alva pragnęła, aby tak było. Przynajmniej tak jej się wydawało.
Przyjaciółki siedziały na ławce w pięknym parku w Sandnes w Norwegii. Była to raczej mała miejscowość. Rzadko można było spotkać tutaj turystę, więc każdy mógł cieszyć się spokojem i tą cudowną ciszą. Alva, blondynka o zielonych oczach, była od Elizabeth starsza o całe dwa miesiące. Znały się praktycznie od dziecka. Razem chodziły do tej samej szkoły. Zawsze. Dwa lata temu, kiedy Alva wybrała się na studia do Akademii Muzycznej, musiały się rozstać. Może nie dosłownie, jednak nie spędzały już ze sobą tyle czasu ile wcześniej. Uzupełniały się. Czasami mogłoby się wydawać, że są bliźniaczkami, kiedy jedna zaczynała zdanie – druga kończyła. Jasne, zawsze zdarzało się, że nie zgodziły się ze sobą w pewnej kwestii, ale w końcu nie mogły być identyczne, prawda? Elizabeth z wyglądu w ogóle nie przypominała blondynki. Miała długie, czarne włosy i piwne oczy. Była może nie tyle drobniejsza, co niższa. No i studiowała medycynę, czego Folist nigdy nie potrafiła zrozumieć. Na widok strzykawki robiło jej się słabo, na widok krwi – od razu mdlała.
- Nie żartuję – powiedziała Elizabeth. – Dlaczego nie chcesz tam pójść?
- Robisz to specjalnie. Wiesz przecież, że... – Urwała.
Elizabeth uśmiechnęła się delikatnie.
- Wiem, dlatego chcę żebyś poszła ze mną na ten koncert. I wiem też, że ty chcesz ze mną pójść. Tylko się boisz.
- Niby czego?
- Sama sobie odpowiedz.
Alva nie odezwała się. Jak zawsze to brunetka miała rację. Zrobiła kilka głębokich wdechów i zdecydowała:
- Pójdę.
*
Julie Dussander nie należała do najpopularniejszych na wyższej uczelni technicznej w Cork, jednak to ona otrzymała bilet do Dublina i zaproszenie na wykłady o informatyce, technice i wszystkim, co jest z tym związane na Uniwersytecie Dublińskim. Minęło dopiero kilka dni od momentu, w którym dowiedziała się, że to ona będzie mogła zwiedzić stolicę Irlandii. Już sobie zaplanowała, że przy okazji odwiedzi swoją starszą siostrę, która mieszkała tam od kilku, dobrych lat. Do tej podróży pozostały jej dwa dni. Miała, więc dość czasu na spakowanie się. Mogła pozwolić sobie na mały spacer po okolicy.
W październiku miała rozpocząć trzeci rok studiów informatycznych w Cork, więc wszystkie egzaminy, które musiała zaliczyć w czerwcu były już dla niej tylko powtórką z rozrywki z pierwszego roku. Owszem, jak każdy student przygotowywała się i uczyła. Czasami tak bardzo wydawało jej się, że nic nie pozostało jej w głowie, że potrafiła całą noc przesiedzieć z książką przed nosem. Na szczęście zdała i mogła cieszyć się trzymiesięczną labą.
Stanęła na chwilę przed jeziorem, które mieściło się niecały kilometr od jej rodzinnego domu. Tak, nadal mieszkała z rodzicami. Można to nazwać wygodą albo niesamodzielnością. Wykluczone, Julie po prostu uwielbiała swój rodzinny dom i do końca studiów nie planowała się wyprowadzać. Jej rodzice też nie narzekali. Jedna córka wyjechała, więc mogą nacieszyć się drugą. A mieli, czym się cieszyć. Poza inteligencją, wiedzą i tym czymś, co zawsze się pojawiało, kiedy zamieniło się z nią chociaż słowo, Julie była bardzo ładna. Wysoka, szczupła blondynka z piwnymi oczami i delikatnym uśmiechu.
Nagle ktoś złapał ją za rękę. Odwróciła się szybko i zobaczyła swojego najlepszego przyjaciela. Ethana Williamsa znała odkąd skończyła pięć lat. Wtedy właśnie chłopak ze swoimi rodzicami wprowadził się do Cork i zamieszkał niedaleko blondynki. Przytuliła się do niego, w końcu po miesiącu mogli się zobaczyć i pogadać.
- Cześć geniuszu – przywitał się, a ta powstrzymała się, żeby nie parsknąć śmiechem.
- Geniuszu? Chyba za dużo siedziałeś na słońcu.
- Gdzie ty widzisz słońce?
Julie rozejrzała się teatralnie. Racja, akurat teraz Irlandia nie należała do najcieplejszych krajów świata czy Europy. Ale na brak ładnej pogody nikt mieszkający w niej nie mógł narzekać.
- Opowiadaj – zachęciła przyjaciela. – Ile dziewczyn wyrwałeś w ostatnim miesiącu?
Ethan uśmiechnął się i zaproponował spacer. Do domu blondynki trafili, już po zachodzie Słońca.
*
-… i dlatego myślę, że moja nowa płyta jest lepsza od poprzedniej.
Tatiana otrząsnęła się z własnych myśli i nacisnęła przycisk stop na dyktafonie. Spojrzała na szesnastolatkę, która przed nią siedziała i starała się, żeby nie powiedzieć jej czegoś złośliwego i nie zatłuc jej tym dyktafonem. Rozpieszczony bachor. Nagrała jedną piosenkę, którą śpiewał cały świat, wydała drugą płytę i myśli, że jest najlepsza. Uspokój się skarciła się w myślach.
- Dziękuję za wywiad Sheri, powinien ukazać się w naszym następnym wydaniu. Do zobaczenia.
Wyszła z dużej willi, w której owa szesnastolatka mieszkała i toyotą, którą odziedziczyła po matce, dojechała do redakcji dwutygodnika TeenWorld. Nienawidziła tej pracy. Musiała jednak sobie dorabiać, skoro chciała studiować i tańczyć jednocześnie. Rodzice jej powiedzieli, że jeśli będzie u nich pracować to będą płacić. Czasami miała dosyć, bywały momenty, kiedy chciała zrezygnować z dziennikarstwa. Tak, zawsze taniec był na pierwszym miejscu. Dziennikarstwo, chociaż sama wybrała sobie ten kierunek studiów, nie było jej pasją. Owszem, uwielbiała pisać felietony, reportaże i przeprowadzać wywiady, ale jej ambicje nie ograniczały się do małego pisemka, które było znane jedynie w Faro, mieście na południu Portugalii. Zawsze marzyła o byciu redaktorem naczelnym Vogue czy Elle. Niestety, jej marzenia nie spełniały się tak często, jak tego chciała. Świat nie jest przecież, aż tak doskonały.
Po wejściu do budynku redakcji, przywitała się ze znajomymi, którzy również tu pracowali. W przeciwieństwie do niej uwielbiali tę pracę. Czasami czuła się jak intruz. Weszła do pomieszczenia, w którym mieściło się jej biurko, krzesło i wszelkie materiały, jakie potrzebowała do wykonywania swoich obowiązków. Naprzeciwko niej siedziała Penny, ciemnowłosa Portugalka, której Tatiana nigdy nie lubiła. Ba, wręcz dostawała drgawek, kiedy musiała coś z nią uzgodnić. Były swoim odbiciem lustrzanym nie tylko w kwestii charakteru. Tatiana była wysoką blondynką, bardzo szczupłą. Z pięknymi nogami i oczami, które każdego mogły zahipnotyzować. Mogłoby się wydawać to dziwne, jednak matka Darstee pochodziła z Finlandii i to po niej dziewczyna miała swoje długie, pięknie włosy.
Usiadła i zobaczyła na biurku dużą kopertę, na środku napisane było jej imię i nazwisko oraz adres redakcji. Rozerwała papier i wyciągnęła z środka białą kartkę. Napisane na niej było Nie spóźnij się na zajęcia, dziś ogłoszenie wyników. Nie zapomnij. Rossane
Blondynka uśmiechnęła się. Jak mogła zapomnieć?
*
Lahti nie słynęło z ciepłego lata ani z nadmiaru słońca, dlatego wszyscy, którzy kochali grzanie się i opalanie oraz drinki z palemkami na gorącej plaży, wyjeżdżali na wakacje do krajów śródziemnomorskich.
Summer Parker zaliczała się do tych właśnie osób, z jednym tylko wyjątkiem. Ona nie mogła pozwolić sobie na wczasy. Owszem, może i nie brakowało jej pieniędzy na podstawowe wydatki, ale na pewno jej się nie przelewało. Rodzice mieszkali w małym domku razem z jej młodszą siostrą. Oboje pracowali, ale co z tego? Pieniądze, które od nich dostawała co miesiąc były przeznaczone na opłacenie studiów. Dlatego musiała pracować. Nawet w wakacje.
Biuro turystyczne, w którym pracowała dziewczyna, mieściło się w samym centrum Lahti, niedaleko głównej drogi i z racji tego miało bardzo dużo klientów. Jednak już po zakończeniu roku szkolnego niewiele osób przychodziło, żeby zamówić wczasy. Wtedy zostawały już tylko oferty Last Minute, które nie zawsze odpowiadały zmanierowanym klientom.
Blondynka siedziała za biurkiem i próbowała się wyciszyć. Choć na moment. Wiedziała, że to w sumie niemożliwe, bo po powrocie do swojego mieszkania, pustego jak zwykle, będzie miała całą masę innej roboty. Dobrze, że już po egzaminach. Dobrze, że przez trzy miesiące nie będzie musiała jeździć na studia. Przez dwa lata po pracy, około osiemnastej musiała być na uczelni. Może i spełniała swoje marzenia w jakiś tam sposób, w końcu od zawsze chciała studiować turystykę, ale tego było za dużo, a za mało czasu. Na szczęście kierownik biura podróży był wyrozumiały. Inaczej już dawno zajechałaby się na śmierć.
Drzwi otworzyły się, co sprawiło, że Summer powróciła myślami do Lahti, a do środka wszedł Michael Scofield, mężczyzna, który – mimo że ostatni raz był tu ponad miesiąc temu, zapadł blondynce w pamięć. Blondyn od razu skierował się w stronę panny Parker. Kiedy już się przywitali, Scofield usiadł i powiedział:
- Czy mogę zrezygnować z wczasów, które zamówiłem jakiś czas temu?
Summer zdziwiła się, ale nie dała niczego po sobie poznać. W komputerowej bazie danych znalazła umowę zawartą z Scofieldem.
- Niestety, mógłby pan zrezygnować, ale jeśli do wyjazdu pozostały dwa tygodnie. Termin minął jedenaście dni temu.
- Cholera – mruknął mężczyzna, a Parker korzystając z chwili ciszy, dobrze mu się przyjrzała.
Miał krótkie blond włosy, brązowe oczy i to coś ukryte w nim, co pojawiało się z każdym jego uśmiechem. Był wysoki, dużo wyższy od Summer, która miała jedynie metr sześćdziesiąt siedem. Bardzo przystojny i… zaręczony. Blondynka pamiętała, jak dziś dzień, w którym odwiedził biuro turystyczne razem ze swoją narzeczoną. Wyglądała jak super modelka.
- Czyli nie powinienem nawet liczyć na zwrot pieniędzy?
- Nie, w umowie jest to dokładnie zaznaczone – odpowiedziała szybko.
Scofield wstał, pożegnał się i ruszył w stronę drzwi. Nagle przystanął i odwrócił się.
- A może pani pojedzie ze mną?
Summer zaniemówiła.
*
Mieszkańcy Marsylii, a także turyści, którzy właśnie zwiedzali to piękne miasto, mogli cieszyć się piękną pogodą, która utrzymywała się tu od kilkunastu dni. Słońce tylko na kilka godzin ustępowało miejsca Księżycowi, a później znów pojawiało się i grzało przez cały dzień. Wszystko dookoła kwitło, pachniało i przypominało każdemu, że lato już się zaczęło i może czas najwyższy się uśmiechnąć i ściągnąć zimowe kurtki.
Claudie La – Pazth uwielbiała tę porę roku nie tylko przez wakacje, brak wszelkich egzaminów i możliwość wyspania się. Tylko trzy miesiące w roku mogła oddać lenistwu, więc dlaczego miałaby tego nie robić?
Siedziała na drewnianej ławeczce na werandzie za domem. Czekała na kuzynkę, która zaraz miała po nią przyjechać. Uśmiechnęła się na samą myśl o niej. Może i miała te dwadzieścia sześć lat i może była starsza o całe cztery, ale jeśli wziąć pod uwagę jej zachowanie to… była jeszcze w liceum. Skończyła studia, zaczęła pracę w dużej firmie handlowej i ciągle była beztroska i walnięta w głowę. Świat potrzebuje takich ludzi, ale w nadmiarze to każdemu szkodzi.
Blondynka usłyszała pisk opon, co oznaczało tylko jedno. Ruszyła swój zgrabny tyłek i przeszła trawnikiem do drzwi wejściowych. Nancy zawołała ją ze swojego samochodu, więc Claudie, nie zastanawiając się, ruszyła w jej stronę.
Żadna z nich nie lubiła zakupów, ani spędzania wolnego czasu w centrach handlowych, jednak dziś wyjątkowo im to nie przeszkadzało. Zaparkowały na parkingu w galerii i windą podjechały na drugie piętro, na którym mieścił się ich ulubiony sklep. Nancy, jak zwykle zresztą, mówiła odrobinę za głośno i co chwilę wybuchała śmiechem. Blondynka patrzyła na kuzynkę trochę, jak na wariatkę, ale… taką bardzo pozytywną.
W końcu obie ucichły na widok zamieszania na środku korytarza. Był tam wystawiony średniej wielkości, czerwony namiot, także nikt nie mógł przejść obok niego obojętnie. Podeszły bliżej i zobaczyły tablicę informacyjną, na której było napisane, że w owym namiocie trwa casting do agencji modelingowej. Mnóstwo rozgadanych nastolatek próbowało przekonać ochroniarza, że mają skończone osiemnaście lat. Bezskutecznie.
- Ej, Claud! Może my się zgłosimy, co?
Jednak nim ta zdążyła zaprzeczyć lub cokolwiek powiedzieć, Nancy już była przy ochroniarzu i wypytywała o to gdzie się zgłosić. Kilka minut później obie stały w namiocie. Claudie nie była zbyt szczęśliwa.
Jako studentka architektury nigdy nie marzyła o byciu modelką, a miała do tego predyspozycje. Wysoka, chuda blondynka. Wymiary takie jak trzeba, wszystko idealnie na niej leżało.
Każdej kandydatce zadano kilka pytań, a kiedy już wyszły na zewnątrz, miały zaczekać na wyniki.
Jakież było zdziwienie Claudie, kiedy pośród trzech nazwisk usłyszała swoje.
*
Holly Patton wychowywała się w Oxfordzie. Mieszkała tam od urodzenia. W dużym, jednorodzinnym domu z ogródkiem, razem z rodzicami i psem. Była jedynaczką, jednak nie można było powiedzieć, żeby rozpieszczoną, rozwrzeszczaną czy zmanierowaną. Nie. To nie była Holly. Ona była zwykłą dziewczyną, szczerą, otwartą, inteligentną i utalentowaną. Pięknie śpiewała, czasami bywała wredna, ale to każdemu się może zdarzyć. Ironiczna, samodzielna, dążąca do niezależności. I może ten charakter, może ta osobowość sprawiła, że Holly wsiadła w pociąg i sama pojechała do Londynu.
W plecaku miała tylko kilka ubrań, odtwarzacz CD, aparat fotograficzny i portfel. Rodzicom zostawiła jedynie kartkę z informacją gdzie jest. W razie czego miała komórkę, mogli zadzwonić. Nie wiedziała gdzie pójdzie. W Londynie nie miała nikogo. Żadnych znajomych, żadnych przyjaciół, nikogo. Samego miasta też dobrze nie znała. Tylko kilka ulic.
Po dotarciu na dworzec King Cross, założyła plecak na plecy i ruszyła w stronę, która w tamtej chwili najbardziej jej odpowiadała. Kiedy doszła do skrzyżowania, na rogu dostrzegła małą knajpkę. Weszła do środka i, ku jej zaskoczeniu, nie zobaczyła meneli pijących tanie wino, ani pijanych starszych panów. Przy kilku stolikach siedzieli pojedynczo mężczyźni w garniturach z laptopami lub różnymi dokumentami i papierami. Przy kilku innych stolikach siedziały osoby ubrane normalnie, nie w garniturach. Rozmawiały, śmiały się, piły kawę lub herbatę. Podeszła do lady i usiadła na wysokim krześle, plecak położyła na podłodze obok. Sympatycznie wyglądająca szatynka podeszła do niej i zapytała, co podać. Od razu powiedziała, że szuka pracy i czy, aby przypadkiem nie mogłaby zacząć pracować tutaj.
- Hm, musiałabym pójść po kierowniczkę. Proszę chwileczkę poczekać – powiedziała szatynka i zniknęła za ciemnymi drzwiami.
Po chwili wróciła razem z kobietą, która wyglądała na około czterdzieści lat.
- Dzień dobry – przywitała się. – Jestem Holly Patton.
- Dzień dobry. Ann powiedziała, że szukasz pracy, tak? – Blondynka kiwnęła głową – Szczerze mówiąc to ostatnio chciałam zatrudnić… - Przerwała. – Jeśli potrafisz śpiewać, to możesz wieczorami tutaj przychodzić. Będę ci płacić za każdy wieczór.
Holly rozpogodziła się.
- O której mam przyjść?
*
Bergamo można zaliczyć do zwykłych miast, o których istnieniu wie niewielki procent ludności. Położone na północy Włoszech, nie cieszy się częstymi odwiedzinami turystów. Może to i lepiej? Gdyby turyści masowo by tam jeździli, już dawno straciłoby swój urok.
Same Włochy, jak wiadomo, leżą w strefie śródziemnomorskiej, więc rzadko jest tam brzydka pogoda. Częściej niebo jest po prostu niebieskie, bez zbędnych chmur, a Słońce ogrzewa wszystkich swoimi promieniami.
I te oto promienie bezskutecznie próbowały przedostać się przez szpary między zasłonami do ładnie urządzonego, schludnego pokoju. Błękitne ściany tworzyły tło dla zdjęć, które były na nich porozwieszane. Mebli nie stało tu za dużo, było tylko biurko, komoda, regał, łóżko i szafka nocna. Mnóstwo dodatków, pamiątek, pocztówek, czyli po prostu rzeczy, które tworzyły klimat pokoju. Na łóżku, pod białą pościelą leżała drobna, dwudziestodwuletnia blondynka. Dwa dni temu oficjalnie rozpoczęła wakacje, więc mogła sobie pozwolić na słodkie lenistwo. Zwłaszcza, że głowa bolała ją, jak nigdy. Na nic zdały się jej obietnice, że nigdy nie weźmie alkoholu do ust. Mogła je sobie darować i tak ich nie dotrzymywała.
Nicoletta podniosła głowę i spojrzała na zegarek stojący na szafce nocnej. Dochodziła pierwsza po południu, wypadałoby w końcu wstać. Jakoś doszła do łazienki. Umyła twarz, włosy zawiązała w kucyk. Wyglądała, jakby ktoś walnął ją mocno w głowę.
W kuchni zastała pustki. Zawsze, kiedy miała kaca, cała woda mineralna znikała i była skazana na picie zwykłej kranówy.
Wzięła z półki telefon i wykręciła numer. Miała nadzieję, że jej przyjaciółka już wstała i będzie mogła dowiedzieć się kto ją tak upił. Nikt nie odbierał. Normalne, Amanda nigdy nie bywała rannym ptaszkiem, a kiedy coś wypiła… potrafiła spać cały dzień.
Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. Nicole szybko do nich podeszła i sprawdziła kto to. Listonosz. Otworzyła nieśmiało, miała na sobie tylko koszulkę i spodenki, i odebrała listy. Tylko jeden przykuł jej uwagę. Był on z Uniwersytetu w Mediolanie. Od razu skojarzyła z jakiej racji znalazł się w jej rękach. Miesiąc temu wysłała swoje zdjęcia, studiowała fotografię, na konkurs. Nagrodą były miesięczne warsztaty fotograficzne, na których bardzo jej zależało.
Rozerwała kopertę i wyciągnęła kartkę. Szybko przeczytała cały tekst, jednak tylko jedno zdanie było dla niej ważne. Została pani laureatką X edycji konkursu na najlepsze fotografie prowincji Mediolan.
*
Cadence nie lubiła Glasgow. O wiele bardziej wolała swój rodzinny Hamilton, w którym miała znajomych, przyjaciół, dawne miłości i rodzinę. Mimo wszystko jednak, kiedy dowiedziała się, że jedzie do największego miasta w Szkocji na praktyki w kancelarii adwokackiej, cieszyła się jak małe dziecko. Cadence studiowała prawo na Uniwersytecie Szkockim, którego filia była w Hamilton właśnie. O praktykach dowiedziała się, jak wszyscy z ogłoszenia na tablicy informacyjnej. Bez większych emocji zgłosiła się, a później napisała, tak jak było napisane na ogłoszeniu, pracę na wybrany temat związany ze szkockim prawem. W to, że się dostała przez dłuższą chwilę nie mogła uwierzyć. Była jedną ze szczęśliwej piątki. Inną osobą, która się dostała była jej przyjaciółka, Carol. Poznały się w liceum, jednak tyle je ze sobą połączyło, że jedna bez drugiej nie potrafiła wytrzymać dłuższego czasu.
Dziewczyna włożyła do walizki ostatnie ubranie, jakie planowała zabrać ze sobą do Glasgow i usiadła wygodnie przed swoim laptopem i zaczęła pisać. Nigdy wcześniej nie miała takiej weny twórczej i zanim się spostrzegła, zapisała trzy strony w Wordzie. Ostatnio nie była sobą. Coś ją opętało. Ciągle się uśmiechała i nie warczała na wszystkich dookoła.
Te praktyki na pewno zmienią jej życie, wiedziała o tym. Dlatego tym bardziej chciała już siedzieć w samolocie.
Cady
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Prolog

poniedziałek, 26.listopada.2007, 16:08
Wakacje. Ile uczniów przez dziesięć miesięcy trwało w szkolnych murach, żeby z ostatnim dzwonkiem obwieszczającym przerwę, wybiec na dwór i zapomnieć o nauce, obowiązkach, regułach i zasadach? Ilu studentów dzielnie chodziło na wykłady, zajęcia a później zaliczało egzaminy, umierając z nerwów, żeby w końcu móc odetchnąć świeżym powietrzem lata? Każdy uczeń i każdy student wyczekiwał. Niezależnie od tego w jakim kraju czy kontynencie mieszkał. Tak samo w Nowym Jorku, Barcelonie, Pradze czy gdziekolwiek indziej na świecie. Szkoła jest fajna, można dobrze się w niej bawić, ale do czasu. W końcu każdy zechce zatrzymać się w miejscu, spojrzeć na książki i... właśnie, tylko spojrzeć. Dla niektórych wakacje oznaczały zmianę. Czasem na lepsze, a czasem cóż... czasem lepiej niczego nie zmieniać.
Dla pewnych siedmiu dziewczyn wakacja to zawsze był czas lenistwa i relaksu. Czy teraz także będzie?

To tyle jeśli chodzi o kolejne Blondynkowe opowiadanie.
Cady
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Fifteenth.

czwartek, 30.sierpnia.2007, 01:31
- Chrzanisz - mruknęła Cadence, podchodząc do dziecięcego łóżeczka, a Valerie uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
- Dlaczego nie chcecie mi uwierzyć, że jestem młodą mamą?
Claudie odchrząknęła.
- Nie taką znowu młodą - wtrąciła się.
Jacobsen zbyła to machnięciem ręki.
- To gdzie trzymasz tego małe szkraba? - Zapytała Potrow, która jak w transie wpatrywała się w malutkie, różowe śpioszki.
- Moja mama zaraz przyjedzie z Diną. Chciała mieć wnuczkę trochę czasu tylko dla siebie.
Kobiety wyszły z pokoju i po schodach zeszły na parter. Valerie zaproponowała, żeby rozpakowały swoje bagaże i rozgościły się w swoich pokojach. Julie jak zwykle przepędziła Cadence na prawą stronę łóżka, a sama rozpanoszyła się po tej bliżej okna. Potrow nie chciała się z nią wdawać w kłótnię, bowiem znała na pamięć, jak kończyły się ich "wymienianie zdań". Zwykle żadna nie chciała dać za wygraną i potrafiły godzinami się do siebie nie odzywać.
Kiedy cała piątka, Cadence, Julie, Claudie, Peyton i Kelly, miała już rozpakowywanie, czyli wyciągnięcie walizki z samochodu i wstawienie do pokoju, za sobą, zeszły na dół. W tej samej chwili ktoś zapukał do drzwi. Anders podszedł do nich i otworzył. Oczom blondynek od razu ukazała się starsza, około pięćdziesięcioletnia kobieta. Ubrana była na sportowo, w dres i białe adidasy. Przez ramię przewieszoną miała niebieską torbę, a na rękach trzymała małe dziecko.
Przywitały się z panią Bednarek, mamą Valerie, a Cadence skorzystała z okazji i zajęła się malutką Diną. Była ślicznym dzieckiem. Miała krótkie blond loczki, z pewnością po mamie, niebieskie oczy... Hmm... I Valerie i Anders mieli oczy tego samego koloru. Jednak uśmiech stuprocentowo odziedziczyła po ojcu.
Cadence po kilkunastu minutach niechętnie oddała małą jej matce, która zdecydowała, że to odpowiednia pora na karmienie. Cóż, pozostało jej tylko czekać.
***
"Norwegia jest najbardziej wysuniętym na północ krajem na świecie, którego wód brzegowych nie skuwa lód. Dzieje się tak dzięki sprzyjającym pasatom wiejącym od kontynentu Ameryki przez Ocean Atlantycki oraz ciepłym prądom płynącym od Równika w kierunku Morza Norweskiego, gdzie kąt nachylenia linii brzegowej Norwegii i otwarta droga do Oceanu Arktycznego pomagają kierować powietrze i wody o umiarkowanej temperaturze do szerokości znajdujących się bardziej na północ.
Klimat Norwegii jest bardzo zróżnicowany i zmienia się z roku na rok, zwłaszcza w obszarach wysuniętych za koło podbiegunowe północne, które znajdują się na skraju strefy umiarkowanej. Najniższa odnotowana temperatura wyniosła -51°C w Kárášjohka-Karasjok na północy Norwegii. Średnia roczna temperatura waha się około 8°C na zachodnim wybrzeżu do poniżej temperatury zamarzania w górach. Najzimniejszymi miesiącami w roku są styczeń i luty, a najcieplejszą porą w głębi kraju jest połowa lipca, przy czym szczytowe temperatury w regionach nadmorskich i górskich mogą przypadać na nieco późniejszy okres w roku."

Jeśliby dobrze przeszukać internet to właśnie taki tekst można znaleźć na temat Norwegii. To prawda, że klimat norweski pozostawia wiele do życzenia dla lubujących w śródziemnomorskich upałach i prażeniu się na słońcu, jednak tyle ile ludzi na świecie tyle upodobań. Cadence zawsze, kiedy była gdzieś gdzie jest zimno twierdziła, że o wiele bardziej woli lato od mroźnej zimy. Tutaj jednak, w Norwegii, mimo chłodu, wiatru i chmur, czuła się lepiej niż gdziekolwiek indziej. Jej umysł w końcu się orzeźwił. Zaczęła świeżo myśleć. Porównała siebie do Valerie. Porównała siebie do mężatki, matki i pani domu w jednym. Marzyła o takim życiu? Jasne. W przeciwieństwie do swojej przyjaciółki Julie, zawsze chciała mieć rodzinę. Dussander o wiele więcej przyjemności czerpała z upojnych orgietek w hotelowym pokoju na piętrze niż małżeńskiego seksu. Jednak może to i lepiej, że nie są takie same? O co miałyby się spierać? W końcu zawsze to jakiś argument do rozmowy.
Cadence stała na tarasie i podziwiała naturę, która ją otaczała. Wszędzie było pełno lasów, łąk i potoków. Wiatr hulał swobodnie w jej rozpuszczonych włosach. W rękach trzymała kubek gorącej kawy. Która była godzina? Nie była pewna, jednak na pewno minęła szósta. Ostatnio nie potrafiła długo spać.
Wypiła kolejny łyk napoju, kiedy ktoś stanął obok niej. Odwróciła się i zobaczyła Valerie w jasnoróżowym, pluszowym szlafroku.
- Dzieńdobry, co pani tu robi? - Zapytała Cady, uśmiechając się.
- Raczej ja powinnam ci zadać to pytanie. Jakbyś nie wiedziała to mój taras. Dom również mój, więc nie wiem skąd się tu wzięłaś.
Potrow wzięła kolejny łyk kawy i z powrotem wpatrzyła się w krajobraz.
- Spadłam z nieba.
- Och, nieprawdopodobne...
- A dlaczego ty nie śpisz?
Valerie jęknęła cicho.
- Dina się przebudziła. Przyzwyczaiłam się już do takiego wstawania, jednak ciągle jestem w szoku, że moja córka cierpi na bezsenność w tak młodym wieku. Moja mama mi powiedziała, że ja zawsze spałam całą noc.
Cadence pocieszająco poklepała koleżankę po ramieniu.
- Dasz radę. Oboje z Andersem dacie radę.
- Wracam do łóżka, a ty...?
- Zostaję.
Jacobsen kiwnęła głową i niemrawo wróciła do środka. Cadence szczelniej opatuliła się białym swetrem i przymknęła oczy. Marzyła, żeby ktoś kiedyś wybudował jej taki dom w takim miejscu.
***
Od samego rana po całym domu roznosił się płacz Diny, która zwyczajnie była głodna. Valerie krzątała się po kuchni przygotowując dla niej mleko, jednak ta była wyjątkowo niecierpliwa.
Do pomieszczenia weszła Kelly i kucnęła przy Dinie, mając zamiar ją uciszyć.
- Daj spokój, zaraz przestanie. Skoro musi to niech się wypłacze. Później będzie spokojniejsza - rzekła Valerie, sprawdzając temperaturę mleka.
- Dina, jaką ty masz mądrą mamę - mruknęła Smith, a Val roześmiała się i podeszła do niej z butelką z mlekiem.
Kelly wyciągnęła małą z kojca i podała Val, a ta zaczęła ją karmić. W jednej chwili w całym domu nastała cisza i spokój.
Blondynka wyciągnęła chleb i krajalnicą ukroiła tyle kromek ile uważała, że wystarczy dla sześciu kobiet, bowiem Anders jakieś pół godziny temu już wyszedł z domu. Zaczęła smarować je masłem, kiedy do środka weszła Julie. Jak zwykle niepoczesana, nieubrana - w tym sensie, że miała na sobie piżamę i niewyspana. Zresztą ona mogłaby spać całe dnie, a kiedy ktoś by ją zbudził powiedziałaby, że jeszcze trochę. Taka była. Zawsze chciała więcej.
- Dzieńdobry - szepnęła niewyraźnie i stłumiła ziewnięcie.
Kelly od razu zatrudniła ją przy krojeniu szynki i żółtego sera, więc chcąc nie chcąc Dussander musiała zacząć trzeźwo myśleć i się zachowywać.
***
- Pycha... Nie żałuję, że was zaprosiłam Kelly - zachwycała się śniadaniem Valerie. Dina leżała w kojcu i słodko spała.
- Swoją drogą to chyba głupota zapraszać do siebie pięć nie do końca normalnych kobiet, kiedy ma się w domu trzymiesięczną córkę, co? - Zapytała Peyton, a Claudie szturchnęła ją w żebro i zmierzyła ostrym spojrzeniem.
- Chcesz, żeby nas wyrzuciła? - Syknęła teatralnie, na co wszystkie się uśmiechnęły.
- Po pierwsze to same się wprosiłyście, a po drugie to zgodziłam się, bo przynajmniej mi córkę popilnujecie.
***
Anders Jacobsen wrócił do domu, kiedy minęła godzina pierwsza. Zastał w nim sześć kobiet oglądające komedię romantyczną na DVD. Jak się okazało jego ukochana dała córkę swojej mamie. Szczerze mówiąc sam był już trochę zmęczony tym codziennym życiem. Miał dwadzieścia dwa lata, żonę i córkę. Kochał je? Ponad życie i był gotowy zrobić dla nich wszystko, jednak gdzieś tam w głębi duszy wolał zostać jeszcze przez chwilę wolnym jak wiatr kawalerem.
Valerie była całym jego światem. Ta niska, szczupła blondynka dwa lata temu przewróciła jego życie do góry nogami. Zakochał się. Zakochał się bez pamięci. Po prostu oszalał na jej punkcie. Później się oświadczył. A później Val zaszła w ciążę. Planowali ją, jednak nie planowali tak cudownego dziecka jak Dina. Jeszcze bardziej zżyła ich ze sobą.
Z salonu dobiegł do niego głos Valerie. Ściągnął buty i od razu skierował się w tamtą stronę.
- Widzę, że się nie nudzicie.
- Nie mamy ku temu żadnych powodów - powiedziała Claudie, nie odrywając oczu od ekranu telewizora.
- Chciałem wam tylko powiedzieć, ze dziś wieczorem przyjedzie do nas Tom. Zostanie do jutra.
***
Tom Hilde, czyli najlepszy przyjaciel Andresa, przyjechał po siedemnastej. W samą porę, bo Andres już rozpalał grilla, a Valerie z innymi blondynkami szykowały zimną płytę. Szybko im to poszło, ale w końcu robiły to w szóstkę, więc nie ma się co dziwić. Koło osiemnastej każdy już się z każdym znał i wszyscy siedzieli w drewnianej altance, rozmawiając i czekając na kiełbaski z grilla.
Cadence zauważyła, tak samo jak i Julie, że Kelly często zerka na Toma, a on też nie pozostaje jej dłużny. W końcu Andres postanowił, że pójdzie po kiełbaski, bo na pewno już są gotowe.
Kiedy każdy zjadł swoją porcję, w przypadku Julie była to porcja podwójna(naprawdę nie wiem, że taka żrąca postać mi wyszła - dop. aut.), na stół została wyciągnięta butelka wódki, sok pomarańczowy i wino.
Valerie nie martwiła się o Dinę, bowiem mała nocowała u babci, ale i tak nie chciała za dużo wypić. Kiedy Kelly i Tom razem poszli się przejść i nadażyła się okazja, żeby porozmawiać z Julie, sprowadziła temat właśnie na jej kuzynkę.
- Myślę, że coś między nimi zaiskrzyło - powiedziała i upiła łyk z lampki wina.
- Może... Niedawno oddała pierścionek jednemu facetowi, więc nie wiem czy teraz szybko się zakocha.
- Nie bądź taka. Zakochać się można nawet, kiedy jest się w długoletnim, udanym związku. Nie można się zakochać kiedy się chce. Miłość przychodzi niewiadomo kiedy i skąd.
- Wybrałaś sobie niekompetentną osobę do gawędzenia o miłości i facetach. Lepiej byś pogadała z Cady, albo z Claud, bo ona też ostatnio miała jakieś sercowe problemy.
- Widzę, że przez ciebie wciąż przemawia feminizm. I masz rację. Faceci w większości to kretyni i dupki. Niektórzy są do wytrzymania, ale ci pozostali... Ach, tragedia.
***
Tymczasem Kelly i Tom wcale nie marnowali czasu. Po krótkiej rozmowie zatrzymali się i zaczęli zachłannie całować. Co ich połączyło? Nie wiedzieli. Jednak, kiedy byli razem nic innego się nie liczyło.
***
Następny dzień był pierwszym od kilku dni, kiedy Cadence obudziła się później niż przed ósmą. Kiedy wchodziła do łazienki było wpół do jedenastej. Nie wiedziała, do której godziny tej nocy siedzieli w altance, jednak czuła, że conajmniej o dwie godziny za długo. Głowa jej pękała, a ciało odmawiało posłuszeństwa. To samo było z Julie, jednak ta przynajmniej jakoś wyglądała. W przypadku Cady nie można było powiedzieć o niesamowitym pięknie i wdzięku.
Obie zeszły do kuchni kilka minut przed dwunastą. O piętnastej wylatywały do Nowego Jorku, więc przydałoby się odrobinę pośpieszyć.
Kelly już od samego rana chodziła uśmiechnięta od ucha do ucha, a Tom, który po wczorajszej imprezie nie mógł prowadzić i został w domu Jacobsenów, był w bardzo podobnym humorze.
Przy śniadaniu głównie on i Smith mówili. Czasami wtrąciła się Valerie czy Peyton, jednak pozostała czwórka ledwo się ruszała.
Kiedy Cadence zjadła śniadanie, razem z Kelly poszła na górę, żeby się spakować.
- Aha, zapomniałam wam powiedzieć. Nie lecę z wami. I nie wracam do Pragi. Tom zaprosił mnie do siebie na weekend - powiedziała szybko.
- Uu, jedna noc i wielka miłość? - Usmiechnęła się Potrow.
- Daj spokój. Mówię tylko, że..
- Jasne, rozumiem. I tak nie wiem, co miałabyś robić w Ameryce. Przecież tam jest kompletna nuda.
***
Samolot do Nowego Jorku wystartował zgodnie z planem. Blondynka siedząca przy oknie i trzymająca w ręku kolejny książkowy kryminał, westchnęła cicho. Wracała. Wracała do swojej rzeczywistości. Do kancelarii, swojego domu, samochodu. Do tych samych ludzi na chodnikach i korkach w centrum miasta. Cieszyła się? Mało powiedziane. Była najszczęśliwsza na całym świecie!

KONIEC
Cady
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Fourteenth.

środa, 29.sierpnia.2007, 00:10
Port lotniczy Ruzyně mieścił się około dziesięć kilometrów na północny zachód od Pragi. Samolot Czech Airlines, który leciał do Oslo, startował właśnie z Ruzyně. Na jego pokład wchodzili już pasażerowie różnych narodowości.
Cadence, która z czarną torbą przewieszoną przez ramię, poszukiwała razem z przyjaciółką swoich miejsc, rozpoznała już dwa języki, jakimi posługiwali się ludzie obok niej, francuski i hiszpański. W końcu usiadła przy oknie i westchnęła cicho. Patrząc na siedzącą obok Julie, zastanawiała się, co ona właściwie tu robi. Powinna razem z nią kończyć aplikacje w kancelarii w Nowym Jorku, a nie zwiedzać Europę. Nie, nie, nie. Oczywiście cieszyła się z tej podróży, ale wolała przeżyć ją razem z Ethanem. Wiedziała, że to głupie. Zranił ją. Zdradził, a w dodatku chciał się z nią ożenić. Można nazwać to szczęściem w nieszczęściu, że jego niewierność zauważyła już przed ślubem, jednak uszczęśliwiał ją widok siebie w białej długiej sukni i welonie. Może on nie potrafił tego zrozumieć. Może nigdy jej nie kochał i tylko bawił się jej kosztem. Może. Powinna już zapomnieć o tym, że kiedykolwiek istniał. Czasami jest tak, że rozłam związku nie jest stanowczy i później żyje się z nadzieją, że może jednak da się to jakoś odkręcić. W tym przypadku tak nie było. To, co istniało między Cadence a Ethanem skończyło się w chwili, kiedy po raz pierwszy spotkał się ze swoją kochanką.
Julie szturchnęła ją łokciem i podała jej książkę.
- Czytasz? - Zapytała, machając przedmiotem przed jej nosem. Ta potrząsnęła przecząco głową i zamknęła oczy.
- Nie przeszkadzaj mi, nie wyspałam się - mruknęła.
Po chwili była już w swoim własnym, bezproblemowym świecie. Świecie spełniających się marzeń, pięknych dni i wspaniałych chwil. Świecie, który nie zawsze potrafiła odnaleźć na jawie i który pojawiał się tylko w snach.
***
Kiedy w piątkę wyszły z samolotu i zabrały już swoje bagaże, skierowały się w stronę postoju taksówek. To tam miała na nie czekać Valerie Jacobsen.
Półtora roku temu Claudie pracowała jako dziennikarka w nowojorskim sportowym czasopiśmie. Podczas Pucharu Świata miała przeprowadzić wywiad z Andreasem Jacobsenem i kilkoma innymi skoczkami. To wtedy poznała Valerie, tylko wtedy jeszcze nie była jego żoną. Raczej dziewczyną, bo o narzeczonej też nie można powiedzieć. Widocznie udało im się i od kilku miesięcy są złączeni świętym węzłem małżeńskim i mają się kochać aż do śmierci.
Ani Cadence, ani Julie, ani żadna z piątki blondynek nie uwierzyła jeszcze w takie brednie jak wieczna miłość czy wierność, jednak pewnie nadejdzie taki czas, kiedy i one poznają uczucie "motylków w brzuchu".
Claudie uśmiechnęła się na widok "starej", dobrej znajomej. Nie dużo się zmieniła. Ciągle była niska, zgrabna, uśmiechnięta od ucha do ucha z burzą blond loków na głowie. Ubrana w granatowe bojówki i obcisłą białą, sportową bluzkę, nie wyglądała na żonę prawie najbardziej sławnego skoczka w Europie.
Claudie przywitała się z Valerie, a później przedstawiła jej Kelly. Resztę Blondynek poznała pewnego razu w Nowym Jorku.
Jacobsen ostrzegła, że jeśli zatrzyma je policja to zapłacą mandat za to, że jadą w szóstkę w pięcioosobowym samochodzie, ale żadna się tym nie przejęła. Do jej ogromnego, pięknego domu dojechały godzinę później, bowiem lotnisko mieściło się prawie pięćdziesiąt kilometrów od Oslo. To prawda, że kiedyś Andreas mieszkał w Hoenefoss, jednak po ślubie razem z Val przeprowadzili się do tego pięknego miasta.
***
Można by powiedzieć, że państwo Jacobsen są wprost zakochani w zimie, bo wskazywał na to każdy element wnętrza ich domu. Wszystko było śnieżno białe. Obrazy na ścianach przedstawiały ośnieżone drzewa, domy, łąki. Zdjęcia, które stały nad kominkiem też były zrobione w zimie. Jednak przekraczając próg tej posesji, Cadence poczuła nieznane jej ciepło. Istniała tu taka niesamowita atmosfera, że wprost nie chciało jej się zagłuszać rozmową.
Ktoś w końcu musiał się odezwać. I tym kimś oczywiście musiała byś ona sama.
- Macie piękny dom - stwierdziła Potrow, łagodnie się uśmiechając.
- Ach, daj spokój, Cady.
- Mam nadzieję, że nas oprowadzisz - wtrąciła się Claudie.
- Jasne, jasne. Ale teraz siadajcie. Zrobię wam kawy i coś przekąsicie. Musicie być głodne po takim długim locie.
Valerie zaprowadziła swoich gości do salonu, a sama zniknęła w kuchni, poprzednio upewniając się czy wszystkie blondynki chcą kawę, czy może któraś życzy sobie herbaty.
Cadence zawsze marzyła by założyć rodzinę, co było zupełnie niedopuszczalne jeśli chodziło na przykład o Julie czy Peyton. Obie, wyjątkowo ostre feministki, nigdy specjalnie nie zachwycały się tym, że ktoś tam ma męża, dziecko, dom czy psa. Dla nich ważniejsza była praca i one same.
- O, jak miło was widzieć! - Do uszu wszystkich dobiegł niski, męski głos.
Wszystkie automatycznie odwróciły głowy w stronę drzwi. W nich, opierając się o futrynę, stał Andreas Jacobsen we własnej osobie.
- Ciebie również. - Powiedziała Cadence i na potwierdzenie swoich słów, uśmiechnęła się.
Mężczyzna przywitał się z każdą po koleji, po czym usiadł w fotelu i zaczął rozmowę. Nie można powiedzieć, żeby mówili o jakichś strasznie ważnych sprawach. Właśnie wrócił z treningu przygotowującego do Letniego Grand Prix.
- O, kochanie wreszcie jesteś. Dzisiaj trener dłużej was przytrzymał, prawda?
Do pokoju weszła Valerie z tacą, na której niosła pięć filiżanek i dzbanek z gorącą kawą. Kiedy postawiła ją na stole i porozdawała filiżanki, dała mężowi całusa w policzek i, z powodu braku więcej wolnych miejsc, usiadła mu na kolanach.
Tak siedzieli i gawędzili przez blisko godzinę. Każdy opowiadał o sobie, innych, tym co się ostatnio działo, lub co dopiero dziać się miało.
W końcu Valerie postanowiła oprowadzić Blondynki po swoim domu. Cały im się podobał. Pewnie dlatego, że każde wnętrze zaprojektowała właśnie Val. Jacobsen była bowiem wziętą projektanką i sama postanowiła urządzić sobie swój własny kąt. Niespodzianką okazał się ostatni pokój, który pani domu postanowiła pokazać im na końcu.
Kiedy weszły do środka ich oczom ukazały się małe półeczki z leżącymi na nich zabawkami, małe łóżeczko i mnóstwo, mnóstwo różnych dziecięcych rzeczy.
- O rany, a kogo to pokój? - Zapytała oszołomiona Cadence.
- Mojej córeczki Diny. Ma trzy miesiące - odpowiedziała jej Valerie z błyskiem w oku.
Cady
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Thirteenth.

sobota, 25.sierpnia.2007, 17:56
Słoneczne światło nieśmiało wpadało do pokoju, w którym spały dwie blondynki, przez szpary w zasłonach. W końcu zmusiło jedną z dziewczyn do wyrwania się z objęć Morfeusza i odsłonięcia okien, by w pełni mogło oświetlić pomieszczenie.
Pokoje w tym hotelu były całkiem normalne. Żadne luksusy. Dwa jednoosobowe łóżka. Dwie szafki nocne, dwie lampki. Pod przeciwną ścianą niska komoda i stolik z telewizorem. Wszystko utrzymane było w kolarach granatu, bieli i szarego, czyli też nic orginalnego.
Blondynka spojrzała najpierw na zegarek - minęła siódma i weszła do łazienki. Wzięła zimny prysznic i umyła zęby. Dopiero później zajęła się przeszukiwaniem szafy w celu znalezienia czegoś, co nadawałoby się na poranny spacer. W końcu zdecydowała się na dżinsy, biały top i czarną bluzę. Włosy zawiązała w koński ogon i sprawdziła, co robi jej przyjaciółka. Dalej smacznie spała, rozwalona na swoim łóżku. Uśmiechnęła się na ten widok. Może niektórzy ludzie wiercą się, kiedy śpią. Może lunatykują, albo gadają przez sen. To co robiła podczas snu Julie, kładło wszystkich na łopatki. Ale kto powiedział, że ona jest całkiem normalna?
Na korytarzu nie spotkała nikogo, co było całkiem normalne dwadzieścia minut po siódmej rano. Zjechała windą na parter i ruszyła do wyjścia z hotelu. Miała szczęście, że hotel znajdował się blisko starówki miasta. Kierując się zgodnie z kierunkowskazami doszła do pięknej fontanny i ławeczek ustawionych dookoła niej. Usiadła na jednej z nich i podkuliła nogi. Myślała o poprzedniej nocy. Nie tylko teraz. Myślała o niej od momentu, w którym przetarła oczy dzisiejszego ranka. W sumie nie mogło to nikogo dziwić. Chociaż nikt nie wiedział o tym, co robiła kilka godzin temu. Nie dzwoniła jeszcze do Kelly. Stwierdziła, że pewnie chce się wyspać. Zadzwoni do niej po śniadaniu.
Posiedziała jeszcze kilkanaście minut na ławeczce i obserwowała wodę, która co chwilę wyskakiwała z fontanny i, robiąc najpierw kilka koziółków w powietrzu, wracała na swoje miejsce. Niesamowite, co człowiek potrafi jeszcze wymyśleć, zaprojektować, zbudować i sprawić, żeby działało. Wyciągnęła komórkę i sprawdziła czas. Minęła godzina i powinna już wracać. Niechętnie wstała i zrobiła kilka kroków w stronę hotelu, kiedy coś ją naszło i... komórką zrobiła zdjęcie fontanny. Uśmiechnięta, widząc swoje dzieło, zatrzasnęła klapkę telefonu i spokojnym krokiem odeszła.
***
Do pokoju dostała się bez problemu. Na szczęście zabrała ze sobą kartę, która otwierała drzwi. W przeciwnym razie musiałaby budzić Julie, która... i tak już nie spała. W pomieszczeniu zastała niezasłane łóżko, rozwaloną kołdrę i poduszkę na podłodze, jednak po przyjaciółce nie było śladu. Usłyszała szum odkręcanej wody. Czyli blondynka siedziała w łazience. Wyszła na balkon w celu sprawdzenia czy dziewczyny w pokoju obok już wstały. Albo jeszcze smacznie spały, albo nie odsłoniły zasłon. Usiadła więc na łóżku i hotelowym telefonem zadzwoniła do pokoju numer 467.
- Słucham?
Jeszcze spały, sądząc po niewyraźnym głosie Claudie.
- Idziecie na śniadanie?
- Jasne - i trzasnęła słuchawką.
Blondynka uśmiechnęła się do siebie i w tym samym momencie z łazienki wyszła, ubrana tylko w szlafrok, Julie. Kiedy zobaczyła przyjaciółkę, skrzywiła się.
- Jesteś - mruknęła.
- Dlaczego miałoby mnie nie być?
- Może dlatego, że w nocy cię nie było? W każdym bądź razie fajnie, że powiedziałaś mi, że się gdzieś wybierasz - warknęła i z ubraniami ponownie zniknęła za drzwiami łazienki.
Cadence potrząsnęła głową zrezygnowana.
- Możemy porozmawiać jak cywilizowani ludzie dwudziestego pierwszego wieku?! - Krzyknęła.
Na widoku znowu pojawiła się głowa Julie.
- Pewnie, jednak to ty zachowujesz się, jakbyś dopiero się urodziła. Jednak chętnie wysłucham, co robiłaś całą noc. I dlaczego ja nic o tym nie wiedziałam. Poprawka; nadal nie wiem.
Blondynka westchnęła i poczekała, aż już ubrana Dussander usiądzie bądź stanie obok niej. Kiedy już to zrobiła, zaczęła mówić. Powiedziała, jak Kelly ją obudziła, jak poprosiła, żeby pojechała z nią do tego klubu. Zamilkła dopiero, kiedy miała powiedzieć o facecie z czarnym jaguarem. Julie ciągle na nią patrzyła nic nie mowiąc. W końcu Potrow zdobyła się na odwagę i wszystko z siebie wyrzuciła. Chociaż nie. Wyrzuciła to może zbyt przesadnie. Nie miała wyrzutów sumienia. Nie miała do siebie pretensji o to, co się stało. Do końca sama nie rozumiała o co jej chodzi.
Przeniosła wzrok ze ściany na przyjaciółkę. Wiele razy potrafiły siedzieć w ciszy, jednak to milczenie było aż nazbyt krępujące. W końcu Julie wstała i spokojnie powiedziała:
- Nie wiem czy mam mieć focha na ciebie czy na Kelly, ale w sumie rozumiem ją, że nie zadzwoniła do mnie. Nie potrafiłabym zrozumieć tych jej sercowych problemów, a ty się spisałaś. - Zamilkła na chwilę. - A co robiłaś dziś rano?
Cadence uśmiechnęła się i z ulgą odetchnęła. Taka przyjaciółka to skarb.
***
Restauracja czerwona, czyli miejsce, w którym goście hotelowi mogli jeść do syta, wyglądała zgodnie ze swoją nazwą. Wszelkie dodatki, które w niej były, stały czy też wisiały miały kolor czerwony. Stoły postawione w trzech, długich rzędach były cztero i sześcioosobowe. Jednak, mimo wszystko, każdy kto wszedł do restauracji czerwonej na samym początku zwracał uwagę na duże okna, z których był piękny widok na Pragę.
Pod jednym z wielu z tych wielkich okien, przy czteroosobowym stoliku, zajadając się i rozmawiając, siedziały cztery blondynki.
- To co robimy po śniadaniu, dziewczyny? - Zapytała jedna z nich.
- Claudie, nie udawaj, że się o nas martwisz.
Blondynka imieniem Claudie pokazała drugiej język i nic już nie powiedziała.
- W sumie ona ma rację Peyton. Mogłybyśmy się zająć czymś pożyteczniejszym niż siedzenie w knajpach na rynku.
- Bardzo śmieszne Juls. Chociaż wiecie co... ja mam już pewien pomysł.
***
Muzeum zabawek mieści się w budynkach Najwyższego purkrabství Pražského hradu, blisko wyjścia ze Złotej Uliczki. Żadna z blondynek, oprócz Cadence, która powiedziała taksówkarzowi po cichu gdzie ma je zawieźć, nie wiedziała dokąd jadą. Dopiero, kiedy zobaczyły szyld, na którym jak byk było napisane "MUZEUM ZABAWEK", zaczęły się kłócić z Potrow, że to dobre dla małych dzieci. Ona była innego zdania.
Pierwsze gabloty z zabawkami minęły bez większego zainteresowania. Dopiero przy lalkach Barbie dłużej się zatrzymały.
- Oh, happy birthday tooo youu, happy birthday Mr. Presideent, happy... - Śpiewała, a raczej wyła, jak to miała w zwyczaju, Julie, patrząc na podobiznę Marylin Monroe. Przerwała jej Cadence, która tym samym poszczędziła jej dziwnych spojrzeń innych turystów.
Claudie i Peyton dobrze bawiły się przy gablocie, w której stały Barbie w sukni ślubnej, Barbie w ciąży, Barbie z wózkiem dzięcęcym...
- Patrz, to cię czeka, jeśli ulegniesz facetowi - zaśmiała się Peyton, po czym podeszła do figurku "barbieowej" Madonny.
- Aha, akurat. A ty patrz na to, jaka nigdy nie będziesz - Claudie skinęła głową na Madonnę i ruszyła w stronę Julie i Cadence. Peyton skrzywiła się, jednak zrobiła to co przyjaciółka.
Tak minęło im pół godziny. Później przespacerowały się Złotą Uliczką i doszły do Katedry na Hardczanach. Kiedy jadły pyszne lodów różnych smaków, zadzwoniła komórka Julie.
- Słucham? Cześć Kelly. Tak, powiedziała mi i nie, nie mam do ciebie żadnych pretensji. Pewnie, ale my najpierw lecimy do Valerie... W takim razie do zobaczenia jutro rano!
Cadence spojrzała pytająco na przyjaciółkę.
- Co jest?
- Kelly leci z nami do Norwegii.
Cady
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Twelfth

niedziela, 8.lipica.2007, 23:51
- Faceci to egoiści, szuje i świnie jakich na świecie mało - mruknęła Kelly i dopiła piwo z dużego kufla.
- I to mówi dziewczyna, która niedawno się zaręczyła?
- To, że się zaręczyłam, Cady, nie oznacza, że muszę być wpatrzona we wszystkich mężczyzn jak w chodzące obrazki.
Julie uśmiechnęła się do kuzynki, co miało zapewne oznaczać "tak trzymaj, stara!". W sensie tym, żeby nadal była taką feministką jaką jest ona sama. Cadence przeprosiła wszystkie i skierowała się w stronę toalet. Peyton mruknęła coś cicho do Claudie. Coś co pewnie miała usłyszeć tylko ona. Od razu twarzy panny La-Pazth rozpromieniła się. Wszystkim przyszło tylko domyślać się o co chodziło dwóm przyjaciółkom.
- Kelly, jeszcze nie pochwaliłaś się tym twoim facetem na całe życie. Opowiadaj, jak ma na imię?
- David.
- Spotykałam się kiedyś z jednym Davidem. Był beznadziejny w łóżku - wtrąciła się Julie i wzięła kolejny, ogromny łyk swojego piwa.
- Juls, stul dziób - warknęła Claudie, po czym ponownie zwróciła się do Smith. - Czym się zajmuje?
- Ma firmę transportową. Ale on się nią nie zajmuje. On poświęcił jej całe swoje życie. Świata poza pracą nie widzi. Zazwyczaj jest to raczej męczące i średniofajne.
Cadence wróciła do stolika zdenerwowana i zaklęła pod nosem coś na temat obrzydliwie brudnych i śmierdzących toalet w knajpach i pubach. Blondynki poparły ją, a później u ładnej i sympatycznej kelnerki zamówiły po kolejnym kuflu piwa.
Lokal opuściły grubo po dwudziestej drugiej. Kelly zamówiła dwie taksówki, bowiem jej mieszkanie mieściło się po drugiej stronie Pragi niż hotel, w którym zatrzymała się jej kuzynka z przyjaciółkami. Claudie, która jako jedyna była w stanie cokolwiek załatwić, odebrała z recepcji karty do pokoi i wsadziwszy je do kieszeni spodni, pomogła trzem blondynkom wejść do windy.
***
Cadence z objęć Morfeusza wyrwał dzwonek telefonu. Automatycznie spojrzała na zegarek. Było za dwadzieścia pierwsza. Nie można było dziwić się temu, że zignorowała dzwoniącą komórkę. Położyła się niecałą godzinę temu, a w krwi nadal miała alkohol. Dopiero, kiedy natrętny, dzwoniący do niej człowiek zadzwonił po raz trzeci i po raz trzeci z jej komórki rozbrzmiał ten sam dźwięk, nacisnęła zieloną słuchawkę i wycharczała:
- Halo?
Jakież było jej zdziwienie, kiedy usłyszała nikogo innego jak Kelly Smith.
- Zrobisz coś dla mnie?
- Jasne, ale rano. Dobranoc - Cadence już miała się rozłączyć, ale Kelly ponownie się odezwała.
- Pójdź ze mną do klubu. Proszę - dodała błagalnym tonem.
Blondynka nie wiedziała, co ma teraz odpowiedzieć. Słyszała w jej głosie coś dziwnego, innego. A jeśli coś się stało?
- Podjedź pod hotel za pół godziny - mruknęła Potrow i rozłączyła się.
Cady niechętnie zwlokła się z łóżka. Najpierw w łazience doprowadziła swoją twarz i włosy do ładu, a później zaczęła wyciągać z walizki ubrania. Postawiła na małą czarną i szpilki.
Równie dobrze mogłaby założyć papierową torbę na głowę, a i tak wyglądałaby ponętnie i seksownie. Należała do tej grupy kobiet, które nawet w za dużym, rozciągniętym i niemodnym swetrze robią wrażenie na płci męskiej. To w jaki sposób się poruszała i chodziła sprawiało, że mężczyźni wprost rozbierali ją wzrokiem i w myślach snuli śmiałe fantazje.
Upewniła się, że w torebce ma komórkę, portfel i kartę do pokoju, po czym cicho doszła do windy. Nikogo nie spotkała po drodze chociaż przeszła przez cały korytarz. Nie ma się co dziwić, była pierwsza godzina w nocy.
Przed hotelem już stała taksówka z Kelly w środku. Kiedy Cadence usiadła już na tylnim siedzeniu i zamknęła za sobą drzwi, Smith powiedziała do kierowcy gdzie jadą, a później zwróciła się do blondynki.
- Przepraszam, Cady - mruknęła.
- Powiesz mi, co się stało?
Kelly wyciągnęła przed siebie prawą dłoń. Potrow od razu zauważyła, że na palcu wskazującym nie ma pierścionka.
- Oddałam mu pierścionek. Jak wróciłam do mieszkania po naszym spotkaniu, zaczął się na mnie wydzierać, że zamiast zajmować się nim ja tylko dbam o swoje potrzeby! - Powiedziała, nie zwracając uwagi na kierowcę Gumowe Ucho. - A prawda jest taka, że odkąd z nim jestem wcale nie dbam o swoje potrzeby. Zawsze to on był najważniejszy, to on żył w luksusie, a ja robiłam za pokojówkę, kucharkę i szmatę, którą mógł sobie pieprzyć, kiedy mu się zachciało!
Cady położyła dłoń na ramieniu Kelly i uśmiechnęła się do niej pocieszająco. Nie wiedziała co ma teraz powiedzieć. Wszystko wydało się nieodpowiednie. Zabrakło jej słów. W końcu taksówka zatrzymała się i obie wysiadły przed budynkiem, w którym mieścił się klub nocny.
Przy wejściu stało dwóch napakowanych kolesi, któzy już na kilometr odstraszali od siebie ludzi. Mieli za zadanie sprawdzić wiek każdego kto chciał wejść do środka. Na widok dwóch uroczych blondynek uśmiechnęli się znacząco i wymienili spojrzenia.
- A dowodziki panie mają? - Zapytał jeden z nich.
- Skończyłyśmy osiemnaście lat - zapewniła ich Kelly.
- Są dowodziki, jest wejście do środka - mruknął drugi. Sprawiał wrażenie inteligentnego inaczej.
Cadence westchnęła teatralnie, po czym wyciągnęła z portfela dowód osobisty i wręczyła go temu pierwszemu. Smith zrobiła to samo.
Po chwili przekroczyły próg budynku i znalazły się w innym świecie.
Potrow pierwszy raz była w takim miejscu. Owszem, odwiedziła niejedną dyskotkę, ale ta przebijała wszystkie. Z każdej strony wprost przepełniona była seksem i erotyką. Ściany ozdobione były erotycznymi aktami, a na rurach ustawionych przy parkiecie tańczyły, ubrane jedynie w krótkie spódniczki lub spodenki, striptizerki. Mężczyźni aż ślinili się na ich widok i obleśnym uśmiechem na twarzy wpychali im za majtki pieniądze. Oprócz nich na parkiecie tańczyło kilka osób ubranych w coś więcej niż kawałek materiału.
Kelly zaprowadziła koleżankę do baru. Obie usiadły na wysokich krzesłach i zamówiły po ginie z colą. Nie odzywając się obserwowały tańczących ludzi.
- Co to za klub? "Kochajmy się"? - Zadrwiła Cadence.
- To klub nocny. Jeden z najlepszych w Pradze i okolicy. Wstęp mają tu tylko nieliczni. I nie chodzi o wiek. Ochroniarze wybierają sobie kogo wpuszczają, a kogo nie. Miałyśmy fuksa, że nas wpuścili - Smith sięgnęła po zimną szklankę z trunkiem.
- Idziesz potańczyć? - Cady skinęła na kelnera, żeby "zaopiekował się" ich napojami i torebkami.
Kelly ruszyła za Potrow w stronę parkietu. Po chwili obie ponętnie się ruszały w rytm najnowszych tanecznych hitów.
***
Nawet nie zauważyła, kiedy zgodziła się, żey postawił jej drinka. Jego oczy tak na nią zadziałały, że usłyszała swój głos jakby z daleka. Był wysoki, zielonooki i miał świetny tyłek.
Usiadła obok niego w oksie w głębi sali. Zmawiali o soie przez chwilę. Żadne z nich jednak nie zapytało o imię. Może nie chcieli się ujawniać, a może uznali to za niepotrzebne. Cholera wie.
W momencie, kiedy zaproponował jej, że odwiezie ją do hotelu, też nie była całkiem trzeźwa. Kelly gdzieś w oddali szalała z innym przystojniakiem. Nie wiedziała czy to wina tych jego oczu czy za dużej ilości wypitego alkoholu. Powiedziała koleżance, że pan ją odwiezie i, żeby się nie martwiła, a kilka minut później zajęła miejsce pasażera w jego czarnym jaguarze z przyciemnionymi szybami.
Wszystko później działo się już bardzo szybko.
Najpierw połóżył rękę na jej kolanie, a kiedy ona uśmiechnęła się do niego figlarnie, zaparkował na poboczu.
Przez kolejnych kilkanaście minut kochali się namiętnie na tylnim siedzeniu, doprowadzając się do niesamowitego orgazmu.
Kiedy skończyli, tak jak obiecał, odwiózł ją pod sam hotel. Nie pożegnali się ze sobą. Po prostu wyszła z samochodu.
Czuła się jak dziwka?
Nie.
I to było najgorsze.
Cady
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Eleventh.

niedziela, 17.czerwca.2007, 02:13
Claudie przewróciła się na drugi bok. Kolejną noc męczyła się, żeby zasnąć. Jednak nie potrafiła przestać myśleć o tym, że zmarnowała swoją jedyną szansę. A przecież mogło być inaczej. Dlaczego właśnie teraz sobie o tym przypomniała? Musiała to wszystko naprawić, ale... Ale czy potrafiła?
Postanowiła, że wyjdzie na balkon. Nie chciała męczyć się w łóżku i tym samym obudzić Peyton. Założyła więc kapcie i bluzę, po czym ostrożnie wyszła z pokoju. Wszędzie panowała niesamowita cisza. Fascynujące jest to, że nic nie jest takie same za dnia jak i w nocy.
Claudie zdziwiła się, kiedy zauważyła, że na balkonie już ktoś siedzi. Kiedy podeszła bliżej poznała tego kogoś, była nim Cadence. Z zamkniętymi oczami siedziała na krześle, a w ręce trzymała pełną do połowy szklankę. Claudie jednak nie zmieniła swoich zamierzeń. Wyszła na balkon i odetchnęła chłodnym powietrzem. Mimo, że właśnie trwało lato, w nocy nic na to nie wskazywało. Może i nie było przeraźliwie zimno, jednak bez czegoś na długi rękaw z domu ruszyć się nie powinno.
Cadence nie odwróciła się, ani nie zrobiła żadnego innego ruchu. Zachowywała się jakby nikt nie przerwał spokoju otaczającego ją. To Claudie pierwsza się odezwała.
- Nie mogłaś spać? - Zapytała, opierając się o balustradę. Uwielbiała jak wiatr delikatnie owiewał jej twarz.
- Mogłam... Raczej nie chciałam - odpowiedziała cicho Cadence.
Przez dłuższą chwilę nie odzywały się. Cadence raz wróciła do mieszkania, lecz za moment wróciła z dwoma drinkami.
- Coś cię męczy Claudie - raczej stwierdziła niż zapytała Potrow.
- Intuicja cię nie zawodzi jak widzę.
- To nie intuicja, chociaż też w jakimś tam stopniu. Widzę po tobie, że coś jest nie tak.
Claudie zastanowiła się przez chwilę.
- Mam wrażenie, że świat wypadł mi z moich rąk. że straciłam panowanie nad tym, co się dookoła dzieje... Dziwne, że jedna rzecz tak bardzo potrafi namieszać, prawda? - Cadence nie odzywała się. - Jedno słowo za dużo i trach, wszystko się rozlatuje...
- Nie rozumiem, Claud.
- Wyobraź sobie, że ja Claudie La-Pazth, zakochałam sie. I to nie byle jak, bo z wzajemnością. Poza tym to nawet było bardzo miło... Spacery, kolacje, jedna noc u mnie, raz u niego... Naprawdę się zaangażowałam i... Uwierzyłam osobom trzecim w coś co nie miało miejsca. Uwierzyłam, że ktoś kogo kocham miał mnie za zabawkę. Uwierzyłam, że na boku miał jeszcze jedną kobietę. Uwierzyłam, że byłam dla niego nikim... I tak po prostu go zostawiłam... Wiesz co jest najśmieszniejsze? Że on próbował mnie odzyskać. Mówił, że to nieprawda, że plotki, że wyssane z palca i nawet od tych osób trzecich dowiedziałam się, że faktycznie to bzdury, ale ja... - Po policzkach Claudie popłynęły łzy. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz płakała przy kimś. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz potrafiła wszystko z siebie wyrzucić. Samej sobie się dziwiła, że zdobyła się na taką odwagę.
- Nie będę cię pouczać Claud, bo jesteś dorosła. Nie będę ci prawić kazań. Powiem ci jedno, jeśli on naprawdę cię kocha to nadal czeka, że wrócisz - wstała i podeszła do przyjaciółki. - Wierzę, że w końcu wszystko się ułoży - przytuliła ją, widząc że jest w kiepskim stanie. - Pamiętaj, że jakby co to zawsze możesz porozmawiać ze mną. Idę spać, dobranoc.
Cadence powróciła do swojej sypialni, w której spała razem z Julie. Zegarek wybił właśnie drugą trzydzieści. Była już wstawiona i to wcale nie tak lekko. Dużo wypiła z Julie. Miała taką potrzebę odreagowania. Później przez godzinę siedziała na balkonie. Kto zrozumie kobiety?
Claudie została sama. Czy pomogła jej ta krótka rozmowa? Pewnie tak. Coś na pewno sobie uświadomiła. Przecież nie mogła ciągle stać w miejscu. Musiała postawić sprawę jasno. Obiecała sobie, że jeszcze jutro zadzwoni do niego i spróbuje zacząć wszystko na nowo. Miała nadzieję, że wszystko będzie dobrze.
*
Peyton siedziała w kuchni i piła koktajl truskawkowy, który miał zastąpić jej śniadanie. Mimo, że bardzo lubiła truskawki uważała, że jest to niesprawiedliwe. Nie jej wina, że nikt jej nie obudził. Przecież i Cady, i Julie, i Claudie i nawet Eveline mogły zrzucić ją z łóżka. Tylko przez to, że tego nie zrobiły musiała teraz 'na głodnego' wylecieć z Paryża do Czech, w których miały spotkać się z kuzynką Julie - Kelly.
*
Praga o tej porze roku była piękna. Stare miasto zachwycało wszystkich turystów. Po pięknych parkach spacerowały zakochane pary. Wszyscy bawili się tu nieziemsko. W knajpach, pubach i restauracjach ludzi było od groma. Trudno się zresztą temu dziwić. Na dworze termometr wskazywał temperaturę powyżej trzydziestu stopni celcjusza, więc każdy pragnął znaleźć się w klimatyzowanej sali z chłodnym napojem w szklance. Jedną z takich osób była wysoka blondynka o zielonych oczach i lekko zadartym noskiem. Sączyła wodę mineralną z cytryną i lodem, smętnie patrząc na tłum ludzi przechodzący za oknem. Nie miała pojęcia kto ich zmusił do parady w tak upalny dzień i jak to zrobił. Teraz oczekiwała swojej kuzynki i jej przyjaciółek. Miały się zjawić dziesięć minut temu. Nagle drzwi wejściowe knajpy otworzyły się z hukiem i do środka weszły cztery blondynki. Wszystkie urocze, seksowne i pewne siebie. Dolna część ich stroju najdłuższa była w przypadku panny Julie. Szorty sięgały, aż do trzech czwartych uda. Kelly uśmiechnęła się na ten widok. Dawno już nie miała okazji pobawić się w takim towarzystwie.

Chciałam, żeby była dłuższa, ale tak pasowało mi w kontekście notki. Wybaczcie Blondynki
Cady
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Tenth.

niedziela, 13.maja.2007, 00:38
Cadence ostatni raz spojrzała na wysokie karuzele, kolejki górskie i inne atrakcje Disneyland Resort Paris, po czym razem z Julie, Claudie i Peyton wsiadła do taksówki. Spędziły cztery godziny, biegając od jednej karuzeli do drugiej. Bawiły się jak małe dzieci. Same sobie się dziwiły, że potrafiły tak dobrze się zabawić w wesołym miasteczku.
Niestety, każda z nich w końcu musiała wrócić do Nowego Jorku, więc nie mogły zostać we Francji dłużej niż dwa dni. Chciały jeszcze odwiedzić Kelly Smith w Czechach i Valerie Vaalar w Norwegii, więc w sumie miałyby niecałe cztery dni na pobyt w dwóch krajach. Na szczęście Julie wszystko obmyśliła i wyszło na to, że z powrotem w domu będą równo tydzień po rozpoczęciu tej ich wycieczki po Europie.
Kiedy blondynki wyszły z taksówki i jedna z nich dała pieniądze kierowcy, do uszu wszystkich trafił natrętny dźwięk dzwoniącej komórki. Komórki należącej do Cadence. Potrow szybko zaczęła szukać w swojej dużej, żółtej torbie telefonu i w prawie ostatniej chwili odebrała rozmowę:
- Słucham?
- Cady, to ty? - Rozpoznała ten głos. To był głos Ethan. Po jaką cholerę do niej zadzwonił?
- Czego chcesz? - Warknęła.
- Spotkaj się ze mną. Nadal mi na tobie zależy!
- Nie mogę się z tobą spotkać.
- Proszę, nie rób mi tego!
- Nawet gdybym chciała to nie mogę. Jestem w Paryżu - i powiedziawszy to - rozłączyła się.
Wiedziała, że mimo to, że odeszła kilka kroków od przyjaciółek to one domyśliły się kto dzwonił. Po prostu miała to "wypisane" na twarzy. Nigdy nie potrafiła zrobić pokerowej miny. Nigdy nie potrafiła ukrywać swoich uczuć. I chociaż czasami tłamsiła je w sobie to widać było po niej, że coś się dzieje. Że coś jest nie tak.
Dziesięć minut później siedziała już na skórzanym fotelu w mieszkaniu Eveline i piła sok pomarańczowy zmieszany z ginem. Musiała jakoś poprawić sobie samopoczucie. Nie mogła przez resztę dnia chodzić jak struta. W planach były jeszcze zakupy w najdroższych i najlepszych sklepach w całej Francji, a Julie na pewno czepiałaby się, że to nie jest do niej podobne, żeby być niezadowolonym na zakupach. Co to to nie. Jedyny raz w życiu musiała schować swoje żale i smutki daleko w sobie i uśmiechać się nawet jeśli ma ochotę wypłakać się w poduszkę. Nie teraz. Nie dzisiaj.
*
Zakupy dla wszystkich i każdej z osobna blondynki były udane. Każda wróciła do mieszkania z kilkoma firmowymi torebkami. Julie najbardziej ucieszyła się z nowej czarnej sukienki z obniżoną talią i czerwonych szpilkach z odkrytymi palcami. Żałowała, że nie dokupiła sobie torebki do kompletu, ale jej cena po prostu powaliła ją na nogi. Nie miała zamiaru wydać dwustu euro na jedną, głupią torebkę. Za tą cenę mogłaby wykupić caly ciucholand w nowojorskim przedmieściu. Ale Julie nie ubierała się w ciucholandach. Zawsze dokładnie dobierała ubrania do siebie, a później dokładała dodatki i wyglądała po prostu olśniewająco. I tak było za każdym razem. Potrafiła pokazać swoje wdzięki, ale tym samym nie pokazywała za dużo. Jeśli ubiera mini i faceci będą mogli zobaczyć kawałek jej nogi to nie zobaczą głębokiego dekoltu i na odwrót. Może i była bałaganiarą, ale jeśli chodzi o wygląd to zawsze o siebie dbała. Tak samo było z jej przyjaciółką - Cadence. Uwielbiały przymierzać tony drogich ubrań, a później wychodzić ze sklepu bez niczego. I dlatego Julie zdziwiła się, kiedy Potrow dopiero po jej namowach zdecydowała się coś przymierzyć. Coś było nie tak i postanowiła się tym zająć.
Cadence zastała w kuchni, siedzącą na wysokim krześle i popijającą wodę. Podeszła do niej i usiadła obok. Zaczęła rozmowę:
- Co się dzieje?
Potrow nie odzywała się, jakby była kompletnie nieobecna.
- Cady, powiesz mi co się z tobą dzieje?
- Yy, co? Mówiłaś coś? - Ocknęła się Cadence i tępym wzrokiem powędrowała z lodówki na swoją przyjaciółkę.
- Tak, pytałam czy coś się stało...?
- Nie, jest przecież super! Byłyśmy w Disneylandzie i na zakupach. Czym się martwić? Nic się nie dzieje! No, może poza tym, że facet, którego kochałam i nadal kocham mnie zdradził. Poza tym, że go zostawiłam, no i poza tym, że teraz znowu prosi o wybaczenie, a ja mam dylemat. Naprawdę, wszystko jest jak najbardziej w porządku!
Julie zauważyła, że Potrow jest nietrzeźwa. Może nie była to jej tradycyjna reakcja na alkohol, bo nigdy wcześniej po wypiciu nie krzyczała i się tak nie zachowywała. Może miała lepszy humor, ale jeśli chodziło o zachowanie to zawsze było spokojnie.
- Julie, nie pytaj. Po prostu się ze mną napij. Upij do mnie, żebym mogła zapomnieć... Proszę... - Cadence gwałtownie z wkurzonego byka zrobiła się potulnym barankiem. Zeszła z krzesła i chwiejnym krokiem przeszła do pokoju, w którym spała razem z Dussander. Ta druga poszła za nią. Obie zdawały sobie sprawę, że to będzie długa noc.
Cady
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Ninth.

środa, 28.marca.2007, 22:48
Samolot wylądował na porcie lotniczym im. Charles'a de Gaulle'a i po kilku minutach zatrzymał się. Kiedy blondynki schodziły ze schodów przyłączonych do samolotu była już ciemna noc. Niebo usiane było gwiazdami, a na samym środku widać było piękny księżyc w pełni. Ich twarze od razu spotkały się z chłodnym wiaterkiem, a fakt, że dwie panny były rozespane wcale nie pomagał im w przemieszczaniu się. Lotnisko było jednym z największych na świecie. Co roku obsługiwało ponad 56 mln pasażerów, pasażerów, pasażerów, a olbrzymie pasy startowe i mnóstwo samolotów stojących na „parkingu” spotkało się z wielkim zaskoczeniem u dziewczyn. Całą czwórką weszły do budynku, w którym miały odebrać swoje bagaże. Czekały na nie kilka minut, a kiedy już kierowały się do wyjścia podbiegła do nich niska blondynka w czerwonym trenczu. Na pierwszy rzut oka widać było, że nie jest zbyt szczęśliwa tym, że musi być tutaj o takiej porze, ale z wymuszonym uśmiechem na twarzy zapytała:
- To wy jesteście od Sereny? – Stanowczo nie pasowało jej zadanie, które dostała od swojej siostry.
- No raczej… - mruknęła Claudie, po czym ziewnęła głośno.
- Och, to witajcie, jestem Eveline. Chodźcie, jedziemy do mnie. Mam gdzie was wepchać u siebie, więc nie będziecie gnić w hotelu.
Po chwili całą piątką siedziały już w czarnym bmw i autostradą jechały w stronę Paryża. Nie było, na co czekać, miały do przejechania ponad czterdzieści kilometrów.
*
Paryż w dzień był zachwycająco piękny. Słońce odbijało się od tysiąca okien w wysokich drapaczach chmur. Na ulicach, pomijając korki i zatłoczone chodniki, ze wszystkich stron uśmiechały się do każdego dziewczyny z bilboardów, a wystawy w sklepach tworzyły jeden, długi ciąg reklam, w którym jedna jest bardziej kolorowa i zachęcająca od drugiej. Dziesiątki tysięcy ludzi biegło do pracy w czarnych garniturach ze skórzanymi teczkami. Niby panował tu chaos, jednak tak naprawdę wszyscy wiedzieli, co mają robić. Za to w nocy stolica Francji pokazywała się turystom i tubylcom z całkiem innej strony. Wystawy sklepów nie były już zbyt ciekawe, ludzie bardziej interesowali się reklamami nocnych klubów, dyskotek… Restauracje i kawiarnie zostawały oblegane przez klientów, a wszyscy, którzy chcieli odpocząć mieszkając w centrum miasta nie mieli na to najmniejszej szansy.
Eveline Rijkaard wjechała swoim samochodem do podziemnego parkingu w najpopularniejszej dzielnicy biznesowo – mieszkalnej w Paryżu, La Défense. Oczywiście, że starsza Rijkaard wyglądała na typową kobietę pracującą, ale blondynki nigdy nie przypuszczały, że mieszka ona w TAKIM budynku. Z zewnątrz na każdym robił ogromne wrażenie, między innymi swoją wysokością. Cadence przez chwilę zastanawiała się czy ostatnie piętro przypadkiem nie mieści się już nad chmurami, ale szybko otrząsnęła się z tego dziwnego transu. Stwierdziła, że jest zbyt zmęczona by myśleć i w ogóle funkcjonować. Jak się okazało Eveline miała dużo wolnego miejsca w mieszkaniu, więc przyjaciółki jej siostry dostały dwa pokoje do swojej dyspozycji. Nie minęło zbyt wiele czasu zanim wszystkie zasnęły. Zajęło im to, z zegarkiem w ręku, niecałe pół godziny.
*
Cadence siedziała razem z pozostałymi dziewczynami przy wielkim stole w jadalni. Pałaszowała właśnie kolejną kanapkę z truskawkowym dżemem – jakoś nie potrafiła się przemóc, żeby zjeść ślimaka -, kiedy jej przyjaciółka Julie wpadła na pomysł, jak spędzić ten dzień.
- Słuchajcie, w związku z tym, że nie mamy żadnych planów ja się wybiję i zaproponuję wam wypad do Disneylandu. Jak myślicie? – Na jej twarzy widniał teraz jeden z tych głupkowatych uśmiechów, które Dussander odziedziczyła po jakimś trzyletnim dziecku.
- Ja się na to piszę – powiedziała szybko Potrow, jakby w obawie, że za chwilę nie będzie wolnych miejsc.
- I ja – oznajmiła Pyton, odstawiając kubek po herbacie.
Claudie kiwnęła tylko potakująco głową. Tylko Eveline się nadal nie odzywała. W końcu i ona zabrała głos.
- A ja was przepraszam, bo mam mnóstwo roboty. Mamy dużo projektów do skończenia i muszę kopnąć pracowników w te ich grube dupska, bo się obijają.
- Jaka ty jesteś delikatna i wrażliwa – mruknęła ironicznie La-Pazth, na co Rijkaard tylko się uśmiechnęła.
- Porozmawiamy jak kiedyś będziesz miała na głowie całą firmę. No dziewczynki, ja się zbieram – powiedziała, otrzepując ręce z okruszków. – Macie tu klucze, a tu macie numer jakbyście chciały zamówić taksówkę. Żegnam – dodała, po czym wyszła z pokoju.
Blondynki jeszcze przez około godzinę leniły się i odpoczywały w mieszkaniu Eveline. Później zadzwoniły na numer zostawiony przez nową koleżankę i wyszły. Kierowcy poleciły, żeby zawiózł je do „Disneyland Resort Paris”. Na miejscu były godzinę później.

Jezu... Wiem, że notka beznadziejna. Jednak wszystkie skargi kierować do Julki. Ja nie mam z tym nic wspólnego.
Cady
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Eighth.

sobota, 24.marca.2007, 21:55
Cadence wyszła z łóżka grubo po godzinie jedenastej. Od razu skierowała swe kroki w stronę mini lodówki i wyciągnęła z niej zimną butelkę z wodą mineralną. Wyglądała, jakby ktoś upił ją na siłę, kazał jej tańczyć, a później na piechotę wrócić do hotelu. Niestety, ale teraz nie mogła zrzucić winy na kogoś, że doprowadził ją do takiego stanu. Uchlała się, narobiła sobie odcisków i nikt jej do tego nie zmuszał. Mogła siedzieć cichutko w boksie, albo w ogóle nie ruszać z hotelu.
Blondynki umówiły się z Sereną, że pójdą razem na zakupowe szaleństwo. Miały zjeść późne śniadanie i poczekać na Rijkaard w hotelu. Później w planach było pakowanie i wylot do stolicy Francji – Paryża.
Cadence zauważyła, że jej przyjaciółka jeszcze smacznie śpi w swoim łóżku, więc nie chcąc jej budzić weszła do łazienki i wypełniła wannę gorącą wodą. Zdjęła bieliznę, w której spała i zanurzyła się w wodzie. Od razu poczuła się lepiej.
*
Julie obudziła dzwoniąca komórka, która – jak na złość - wcale nie chciała się wyłączyć. Niewyspana nacisnęła czerwoną słuchawkę i odwróciła się na drugi bok. Jednak telefon nie dawał za wygraną i dzwonił dalej. Za którymś razem z kolei blondynka w końcu odebrała:
- Słucham? – Zapytała zaspanym głosem.
- Cześć Jull, mam nadzieję, że cię nie obudziłam – z komórki wydobył się wdzięczny głos panny Rijkaard, która widocznie po wczorajszym wieczorze w ogóle nie cierpiała.
- Nadzieja matką głupich.
- Ups, przepraszam. Dzwonię, bo przypomniało mi się, że dziś w nocy wylatujecie do Francji, a przecież moja siostra tam mieszka. Dlatego pomyślałam, że może mogłybyście się tam spotkać? Jestem pewna, że będzie miała czas – dodała po chwili Serena.
- Może byśmy mogły… Ale wiesz co? Pogadamy o tym później…
- Jasne. Do zobaczenia! – Pożegnała się Serena, a Julie wyłączyła się bez słowa.
Wtedy z łazienki wyszła wykąpana już Cadence, owinięta w pomarańczowy ręcznik. Podeszła do swojej szafy i zaczęła wyciągać z niej ubrania. Tym razem postawiła na brązowo – zielono – żółto – pomarańczowo – czerwoną spódnicę i brązową bluzkę, oraz opaskę do włosów, sandały i torebkę w kolorze pomarańczowym. Dussander nie odezwała się na widok przyjaciółki. Wiedziała, że ona potrafi przez godzinę ociągać się ze wstaniem do pracy, jednak kiedy mogła trochę pospać robił się z niej ranny ptaszek. Hm, w sumie nie taki ranny. Było po dwunastej.
Około godzinę później cała czwórka – Cadence, Claudie, Julie i Peyton – siedziały już w samochodzie panny Rijkaard i razem z samą właścicielką wozu jechały na plażę do Lloret de Mar, które mieściło się niedaleko Barcelony. Wszystkie ubrane były już w swoje skąpe bikini, na które założyły tylko spódniczki, lub szorty i krótkie, kolorowe topy.
Plaża w Lloret szczyciła się zapierającym dech w piersiach swoim wyglądem. Piasek był czysty i przyjemny dla stóp, choć im dalej od miasta można było w nim znaleźć coraz więcej kamieni. Samo w sobie morze było piękne. Miało błękitny kolor i było tak czyste, że stojąc w nim widać było piaszczyste dno i pływające po nim kolorowe rybki. Piękna pogoda dodawała tylko uroku temu miejscu. Każdy kto choć raz zawitał na plaży w Lloret na długo ją zapamiętywał i przeważnie wracał do niej najszybciej, jak tylko mógł.
Kiedy Cadence zobaczyła ten widok od razu zaczęła się nim zachwycać.
- Seruś… Powiedz mi, że ty tutaj nie jeździsz często… - Jęczała Potrow.
- Czemu niby?
- Po zacznę ci zazdrościć.
Pozostałe blondynki były tak samo urzeczone tym gdzie spędzą swoje ostatnie chwile w Barcelonie. W końcu nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Chociaż w tym wypadku nie było tego złego, więc to powiedzenie nie grało tu roli.
*
Dussander weszła do pokoju hotelowego, który dzieliła z przyjaciółką. Na twarzy miała szeroki uśmiech, w oczach radosny błysk, a włosy ciągle były mokre. Obie dwudziestodwulatki wróciły właśnie z wycieczki na jedną z hiszpańskich plaż. Bawiły się wręcz szampańsko. Oczywiście nie obeszło się bez ‘topienia’ przyjaciółek i drinków zamawianych w pobliskim barze, jednak nawet bez tego było by im równie dobrze. Słońce robiło swoje, czyli w tym wypadku poprawiało humor w stu procentach. Julie ściągnęła modne sandałki i od razu wyciągnęła z szafy dżinsy i czarno-białą bluzkę w kwiaty, po czym weszła do łazienki.
Cadence w tym czasie zaczęła się pakować. Dopiero później chciała skorzystać z luksusu jakim był prysznic. Żal jej było opuszczać Barcelonę. Świetnie się tu czuła, a Serena była jej bardzo bliska. Zawsze chętnie jej pomagała i podnosiła ją na duchu, kiedy było coś nie tak.
Z łazienki wydobył się krzyk przyjaciółki Cadence – Julie.
- Cady! Rusz ten swój jędrny tyłeczek i podajże mi z łaski swojej biały stanik z szafy!
Może i panna Rijkaard była bardzo dobrą koleżanką Potrow, jednak Dussander przewyższała wszystkich nie o głowę, nie o dwie, a o sto przynajmniej. Jednak Serena to Serena, a Julie to Julie. Każda z nich rządziła się swoimi prawami.
*
Claudie otarła łzę, która poleciała po jej policzku. Nie ona jedna wzruszyła się tej nocy, kiedy musiała pożegnać się i z Hiszpanią, i z Barceloną, i z Sereną Rijkaard. Za piętnaście minut miały wsiąść do samolotu by polecieć do stolicy Francji. Mimo że Paryż oferował blondynkom wiele to nie potrafiły ot tak zostawić tego pięknego i słonecznego kraju jakim była Hiszpania.
- Dziewczyny, pamiętajcie że Eveline będzie na was czekać. Powiedziała mi przez telefon, że się poświęci i nie pójdzie spać – uśmiechnęła się przez łzy Serena, kiedy uścisnęła Peyton.
- No to żegnaj Seruś! Pamiętaj, że przyjeżdżasz do nas z Crisem! – Takimi słowami pożegnała się z panną Rijkaard Cadence.
Po kilkunastu minutach samolot, który leciał do Francji wzbił się wysoko ponad chmury. Siedzące w nim cztery przyjaciółki zastanawiały się, co spotka je w kraju żabojadów. W każdym bądź razie, na pewno nie mogły się nudzić.


Notka wymuszona znów. Ale cóż. Bywa ;*
Cady
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Seventh.

środa, 21.marca.2007, 22:57
Cadence poprawiła swoje pełne usta jasnym, błyszczącym błyszczykiem i podniosła szczotkę z toaletki. Patrząc się w lustro, zaczęła rozczesywać umyte i puszyste blond włosy. Kiedy już lakierem utrwalała swoją fryzurę z łazienki wyszła jej przyjaciółka Julie. Miała na sobie dżinsowe spodnie do kolan i czerwony top, na który założyła dżinsową katanę. Do tego, jakżeby inaczej, ubrała wysokie, czerwone szpilki. Podeszła do swojej szafki i zaczęła pakować do małej torebki najpotrzebniejsze rzeczy. Cadence uśmiechnęła się i zapytała:
- Już jesteś gotowa? Szybko, jak na ciebie…
- Postarałam się, a zresztą, wanna nie jest taka wygodna jak myślałam. Idę zaraz zobaczyć czy Claud i Pey też już zrobiły się na cacy – odpowiedziała Dussander i zamknęła torebkę, po czym wstała i podeszła do drzwi na korytarz. – Masz pięć minut, zaraz wychodzimy.
- Tak, tak… wiem – mruknęła Cadence, zapinając szeroki pasek z ćwiekami na biodrach.
*
Cztery blondynki wysiadły z czarnego samochodu przed dużym, pięknym domem otoczonym wysokimi drzewami, pewnie w obawie przed paparazzi. Dom ten mieścił się na Sant Adria przy ulicy Besos i należał do pana Cristiano Ronaldo. Piłkarz kupił go, kiedy razem z Sereną oficjalnie ogłosili się parą. Cóż, od tamtej chwili panna Rijkaard żyła prawie jak księżniczka. Brakowało jej tylko zamczyska na wzgórzu i tysiąca komnat.
Dziewczyny nie musiały pukać do drzwi, gdyż Serena czekała na nie przed domem. Nadal miała długie blond włosy i świetną figurę. Ubrana w białą, obcisłą sukienkę, która podkreślała jej kobiece kształty wyglądała nieziemsko. Pierwsza przywitała się z nią Julie, później Claudie, Peyton, a na końcu Cadence. Przytuliły się mocno, a później całą piątką weszły do domu panny Rijkaard. Wnętrze było utrzymane w jasnych kolorach i wszędzie panował spokój. Nie rzucały się w oczy obrazy na ścianach czy jaskrawe dywany. Wszystko było stonowane i to podobało się Potrow.
Serena zaprowadziła swoich gości do salonu, a kiedy usiadły na kanapie rozpoczęła rozmowę:
- Rany, jak wyście wypiękniały! – Krzyknęła nie kryjąc swojego zadowolenia z towarzystwa blondynek.
- A tobie, szczerze mówiąc, przybyło kilka zmarszczek tu i ówdzie… - stwierdziła, wielce poważnie, Julie, a Serena udała zmartwienie.
- No tak, nie używałam kremu pod oczy ostatnio. Rozumiecie… - zamilkła na chwilę, a później dodała, lecz teraz już całkiem serio. – Powiecie mi z jakiej to okazji wybrałyście się do Europy? Zawsze myślałam, że to właśnie Europejczycy lecą do Ameryki, a nie na odwrót.
- Facet mnie rzucił, a Jull jak zwykle chciała mnie pocieszyć – odpowiedziała szybko Cadence, udając całkowitą obojętność.
- Co?! Ethan cię zostawił?! A to sukinsyn jeden! Zawsze wiedziałam, że jest przebrzydłym bachorem, ale żeby aż tak?! – Serena nie panowała nad swoimi emocjami.
- Serena, uspokój się – Potrow uśmiechnęła się leciutko i popatrzyła na koleżankę – on mnie już nie interesuje. Skoro już jesteśmy przy facetach, to jak tam twój Cristiano? Kiedy wraca do domu?
Widać było, że Rijkaard nie potraktowała tego, co zrobił były facet Cadence ulgowo. Nadal cała, aż kipiała ze złości.
- Ech, Cris wróci za kilka dni. Wyjechał gdzieś z drużyną, przykro mi, że nie trafiłyście na niego – dodała.
- Nie ma sprawy, a jak już Cady wspomniała, jesteśmy przy facetach to chodźmy już do tego klubu – odezwała się dotąd milcząca Peyton.
Żadna z blondynek nie pytała, co ma klub do facetów, jednak wszystkie wiedziały, że będą miały szansę poznać niejednego przystojniaka w tym hiszpańskim klubie, a nazywał się on „La Luna”.
Blondynki były w nim tylko raz, jednak zapamiętały tamtą noc na długo. Wtedy właśnie bawiły się razem z Sereną i Crisem. Piłkarz w celu zapewnienia sobie prywatności zarezerwował cały lokal, więc mogli tańczyć i pić do woli. Nikt na nich nie patrzył, nikt nie obserwował tego, co robili. Nikt nie komentował tego, co robili. A byłoby co komentować.
Cristiano i Serena w boksie cieszyli się sobą. Cadence i Peyton szalały na parkiecie z tancerzami, których wynajął Ronaldo dla urozmaicenia wieczoru, a Julie i Claudie rozmawiały z barmanami przy barze, popijając smaczne drinki z palemkami i cytryną.
Tym razem miały bawić się tak jak wszyscy inni. Miały tańczyć pośród innych, bez Crisa, bez tancerzy. Oznaczało to nie tyle dobrą zabawę, co znakomitą zabawę. Nie wątpiły też, że rano obudzi je ból głowy, ale warto jest się poświęcić. Głowa poboli przez kilka godzin, a wspomnienia zostaną na kilka miesięcy czy lat.
Dziewczyny weszły do lokalu i zajęły wolny boks. Od razu podszedł do nich przystojny Hiszpan, który był zapewne kelnerem w „La Lunie”. Zamówiły po drinku i obserwowały, co dzieje się na parkiecie. Po jakimś czasie, kiedy napoje były już prawie wypite, Cadence postanowiła poruszać biodrami w rytm muzyki. Przyłączyła się do niej Serena i Peyton. Stanęły na środku parkietu i zaczęły tańczyć. Z początku niewinnie i grzecznie, jednak miało się to zmienić po kolejnych łykach alkoholu. Mężczyźni spoglądali co chwilę na urocze i seksowne blondynki, które ponętnie ruszały swoimi jędrnymi tyłeczkami, co zostawało negatywnie odebrane przez ich dziewczyny czy w niektórych przypadkach nawet żony. Ale cóż one mogły poradzić na to, że zostały obdarzone TAKIM wyglądem? Zostawało tylko z niego korzystać.
Cadence zostawiła koleżanki na parkiecie i podeszła do baru.
- Poproszę gin z lodem – powiedziała, a przystojny barman uśmiechnął się do siebie, kiedy ta, całkiem niewinnie, oblizała językiem suche usta.
- Dla pani – barman podał szklankę blondynce. – Jak masz na imię, piękna nieznajoma? – Zapytał, kiedy ta sączyła już zimny alkohol.
- Cadence.
- Javier, miło mi – przedstawił się brunet.
Potrow odpowiedziała skinięciem głowy.
- Pięknie tańczysz.
- Nie dostaniesz mojego numeru telefonu – powiedziała głośno i stanowczo blondynka, po czym odstawiła pustą szklankę na ladę i, pożegnawszy się pomachaniem ręki, odeszła.
Minęło dużo czasu. Dziewczyny nadal siedziały w „La Lunie”. Wypiły za dużo alkoholu i to, co tam wyprawiały przerastało ludzkie pojęcie. Na parkiecie odważnie eksponowały swoje kobiece kształty i coraz chętniej tańczyły z nieznajomymi mężczyznami, którzy podchodzili do nich na parkiecie. Doszło do tego, że Cadence zaczęła się z jednym całować, jednak jej przyjaciółka Julie szybko zareagowała, odciągając ją od niego. Wiedziała, że Potrow za dużo wypiła. Może zrobiła to przez Ethana, może chciała udowodnić wszystkim, że się nie załamała. Cóż, otrzymywała efekt całkiem odwrotny.
*
Blondynki powróciły do hotelu przed piątą nad ranem. Serena zamówiła taksówkę i nią dotarła do swojego domu. Wszystkie były napite, zmęczone i ledwo doszły do drzwi swoich pokojów. Miały też duże trudności z otworzeniem tych drzwi, bowiem karta sama nie chciała wejść do odczytnika, a nietrzeźwość robiła swoje. Na szczęście jakoś udało mi się dostać do środka i nie musiały spędzić nocy na korytarzu.
Cadence położyła się spać w samej bieliźnie. Ubranie rzuciła na podłogę. Przykryła się kołdrą i zamknęła oczy. Zasnęła po około minucie, podobnie jak Julie, tylko że Julie nawet się nie rozbierała. Po prostu zdjęła szpilki i rzuciła się na łóżko.
Baby, ach te baby. Aż strach wypuścić je same z domu.

Notkę dedykuję z całego serca kochanej Patce, która się niepotrzebnie smuci :*:* Kocham cię kochana :* No i dla Julki i reszty Blondynek ;*
Cady
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Sixth.

wtorek, 20.marca.2007, 23:54
Dziewczyny wylądowały w Barcelonie koło południa następnego dnia. Cała czwórka wykończona podróżą od razu udała się do hotelu, w którym zarezerwowały dwa pokoje. Jeden dla Cadence i Julie, drugi dla Claudie i Peyton. Wzięły swoje walizki, wynajęły na lotnisku czarne audi i pojechały w stronę najbardziej luksusowego hotelu w mieście.
Blondynki miały pieniądze. Głównie, dlatego że miały bogatych rodziców i krewnych, którzy chętnie zostawiali im swoje spadki. Jednak na znaczną część swojego majątku zapracowały same. Potrow i Dussander nie dały łapówki rektorowi na Harvardzie, żeby je przyjął, a La-Pazth i Marsch dostały się na Yale tylko dzięki swojej wiedzy i inteligencji. Na pewno niektórzy, a może i większość ludzi, twierdziło, że są one na pewno z grupy tych blondynek z kawałów i dowcipów, ale bardzo się mylili.
Hotel San Marino mieścił się w samym środku Barcelony. Otoczony wysokimi drzewami i pięknymi roślinami tworzył wspaniały widok dla przechodzących koło niego osób. Blondynki zostawiły wypożyczony samochód u miłego pana pracującego w tym właśnie hotelu, a same targając za sobą ciężkie walizki weszły do środka, nieco zawiedzione, że nie ma tu żadnego lokaja, który pomógłby im nieść te toboły. Na szczęście przy recepcji stało kilku mężczyzn z wózkami przeznaczonymi do wożenia cięższych walizek czy kufrów. Dziewczyny podeszły do rudowłosej recepcjonistki.
- Dzień dobry – zaczęła Cadence i odgarnęła niesforny kosmyk włosów za ucho. – Zarezerwowałyśmy tutaj dwa pokoje na nazwiska Cadence Potrow i Claudie La-Pazth.
- Dzień dobry – odpowiedziała kobieta ze sztucznym uśmiechem na twarzy. – Już szukam… Ach, tak. Proszę o dokumenty, za chwilę będą mogły panie pójść do swoich pokoi.
Cadence i Claudie wyciągnęły swoje dowody osobiste i podały recepcjonistce. Ta spisała coś szybko do komputera i po chwili oddała dokumenty z powrotem blondynkom. Razem z nimi dziewczyny dostały też karty, które miały im służyć jako klucz do pokoju i jako ich osobisty rachunek. Dobry pomysł, zamiast nosić się z portfelem, można po prostu wziąć ze sobą plastikową kartę i szaleć do woli.
Przyjaciółki podeszły do jednego z lokajów czekających na gości hotelu i postawiły swoje bagaże na wózku. Razem z nim weszły do windy i przycisnęły guzik przy cyferce siedem. Cóż, w końcu zażyczyły sobie piękny widok z okna i duży balkon. Miały pokoje obok siebie, jakżeby inaczej, a ich wnętrza przywoływały na myśl wygląd penthouse’u z filmu „Pretty Women” z Julią Roberts, tyle że wszystko było zrobione bardziej nowocześniej. W łazience była duża wanna, która mogła ucieszyć się uznaniem panny Dussander, a wygodne łóżko przypadło do gustu Cadence. Peyton cieszyła się, że w końcu będzie mogła z balkonu poobserwować innych ludzi, a Claudie od razu powiedziała, że szafa po prawej stronie jest jej. Hm, kobiety.
*
Cały dzień minął blondynkom na odpoczywanie, rozpakowywanie i zapoznawanie się z hotelem. W okolicach szesnastej godziny Potrow wykręciła numer do Sereny, chcąc umówić się z nią w jakimś dobrym nocnym klubie na nocne szaleństwo. Po kilku sygnałach w końcu usłyszała ten specyficzny głos, jakim obdarzona została panna Rijkaard.
- Słucham?
- Witaj Serenko, co robisz?
- Och, cześć Cady. Właśnie siedzę i gapię się w okno z nadzieją, że może Cristiano skończy szybciej trening, a ty? Mam nadzieję, że ten przyjazd do Barcelony nie został odwołany, albo przełożony na przyszły rok – dodała ze śmiechem Serena.
- No to cię zaskoczę. Od popołudnia jesteśmy w Hiszpanii i właśnie chcemy się z tobą zobaczyć. Mamy taką cichą nadzieję, że zabierzesz nas do jakiejś świetnej dyskoteki.
- Zobaczę, co da się zrobić. Możemy umówić się o dwudziestej u mnie. Pamiętacie chyba gdzie mieszkam?
- Hm, może lepiej podaj swój dokładny adres…
Po kilku minutach Cadence nacisnęła czerwoną słuchawkę w komórce i odłożyła ją na drewnianą toaletkę po czym usiadła na łóżku i spojrzała na swoją przyjaciółkę, która teraz fałszowała piosenkę Metallici „Nothing else matters”. Co jak co, ale Bóg nie obdarzył Julie pięknym i wdzięcznym głosem. Kiedy śpiewała, a raczej próbowała coś zaśpiewać, wszyscy zatykali uszy, albo nie robili tego i starali się jej nie słuchać.
- Open mind for a different view and nothing else matters – wyła panna Dussander
Cadence chcąc nie chcąc musiała opuścić pokój, choćby w trosce o swoje uszy. Skierowała się do drzwi, za którymi mieścił się pokój panien La-Pazth i Marsch. Zapukała cicho, za cicho, więc spróbowała jeszcze raz. W końcu otworzyła jej Peyton i od razu zaprosiła do środka. Potrow wytłumaczyła, że nie chce narażać swoich uszu i musiała emigrować. Opowiedziała też o planach wieczornych. W końcu już jutro w nocy miały opuszczać Hiszpanię.
- Idziemy do dyskoteki? A nie do jakiegoś klubu z męskim striptizem? – Zapytała Marsch i udała zmartwienie.
- Przykro mi, że nie napatrzysz się na męskie, gołe tyłki. Tym razem będziesz musiała kogoś zdobyć własnym tyłkiem – uśmiechnęła się ironicznie Cadence i podkuliła pod siebie nogi. Miały jeszcze ponad godzinę wolną, później musiały zacząć szykować się do wyjścia.
- I tak wolę kluby ze striptizem. Zawsze to jakaś rozrywka.
- Idź ty zboczeńcu – mruknęła Claudie i otworzyła na oścież drzwi balkonowe. Do pomieszczenia od razu wleciało cieplutkie powietrze. – Mm… Mogłabym tak cały rok… Ale i tak jedziemy do polskich Tatr. Musimy się trochę przejść po górach, choćby dla kondycji.
Nim którakolwiek zdążyła odpowiedzieć drzwi zadudniły, jakby ktoś walnął w nie ogromną, metalową belą. Później blondynki usłyszały krzyk i od razu rozpoznały swoją przyjaciółkę.
- OTWIERAĆ! – Wrzeszczała zdenerwowana Julie, a reszta dziewczyn roześmiała się głośno. Ona była inna niż wszyscy, stanowczo.

Notka stanowczo wymuszona, ale czego nie robi się dla moich Blondynek? I przepraszam, że krótka ;*
Cady
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Fifth.

poniedziałek, 19.marca.2007, 22:58
Cadence zaparkowała pod domem przyjaciółki i wysiadła z samochodu. Zaczekała chwilę na Julie, a później wspólnie podeszły do drzwi wejściowych domu panny La-Pazth.
„Pani domu” przywitała je w czarnych spodenkach i białym topie. Widać było, że cały dzień nie robi nic oprócz siedzenia przed telewizorem, czy komputerem. Na jej twarzy gościł szeroki uśmiech, co bardzo zdziwiło Potrow i Dussander. Poza tym włosy Claudie dzisiejszego dnia stuprocentowo nie widziały się z grzebieniem czy szczotką.
Dziewczyny przywitały się, po czym wszystkie weszły do środka. La-Pazth przeprowadziła je przez jasny, biały korytarz i doprowadziła do pokoju dziennego, w którym najczęściej siedziały, rozwalone na kanapie.
- Co was do mnie sprowadza? Julie była bardzo tajemnicza przez telefon… - Zaczęła Claudie, nalewając do szklanek soku pomarańczowego.
- Myślę, że będziesz zainteresowana tym, co przygotowałyśmy.
- Ty przygotowałaś – sprostowała przyjaciółkę Cadence.
- Och, ja przygotowałam – mruknęła Julie i sięgnęła po szklankę z sokiem. – Wiesz… Najpierw to Cady powinna cię wprowadzić w temat. Nie chcę sama wypowiadać się na temat tego dupka.
- Słucham? – Claudie patrzyła to na jedną, to na drugą przyjaciółkę, lecz z ich twarzy nie dało się niczego odczytać.
- Ethan mnie zdradził z jakąś brunetą. Nic nadzwyczajnego, zdarza się – szybko odpowiedziała Potrow i poprawiła blond włosy. Sama sobie się dziwiła, że przyjęła to tak obojętnie. Po prostu: jednego dnia była z Ethanem a drugiego już nie. Proste i logiczne.
- Co za dupek. Wiedziałam, że on na ciebie nie zasługuje… Mam nadzieję, że tamta też go zostawi i już nigdy nie będzie miał żadnej kobiety. Jakbym takiego dorwała to po prostu flaki bym…
- Claud, nie bulwersuj się tak. Cady go pięknie wyrzuciła ze swojego domu. Brakowało tylko sceny z kopem w krocze i ubraniami wyrzucanymi przez okno. A skoro już wiesz, co w trawie piszczy chcę cię poinformować, że wybieramy się na tygodniowe zwiedzanie Europy. Miałyśmy nadzieję, że razem z Peyton dotrzymacie nam towarzystwa.
Claudie przez chwilę patrzyła na Julie jakby ktoś ją zahipnotyzował, jednak z tego dziwnego transu wyrwał ją głos. Głos ten nie należał do Julie czy Cadence. Należał do jej najlepszej przyjaciółki – Peyton.
- Jedziecie do Europy? Ja tam zawsze jestem chętna na wyjazdy i imprezy. Mam nadzieję, że zaliczymy tam kilka klubów nocnych – roześmiała się panna Marsch i podeszła do pozostałych blondynek. Pocałowała je w policzek i rzuciwszy torebkę na podłogę, usiadła na wygodnym fotelu.
- Jak zwykle grzeczna i niewinna.
- Wątpisz w to, Jull?
- Nie no, skądże. A co do tego wyjazdu to mam nadzieję, że pamiętacie nasze dwie, dobre znajome, co? Myślę, że Valerie na pewno chętnie by się z nami zobaczyła. W sumie to jestem ciekawa, co ona tam wyprawia w Norwegi z tym całym Andersem.
- Zgaduję, że się nie nudzą – odezwała się Cadence z ironicznym uśmiechem na twarzy.
- A ciepłe kraje? Nie możemy pojechać do Barcelony? To chyba tam mieszka Serena, nie?
Wszystkie dziewczyny uśmiechnęły się na wzmiankę o kolejnej znajomej im blondynce. Serena Rijkaard rok temu przyjechała do Nowego Jorku i dziwnym zbiegiem okoliczności wpadła na ulicy na Cadence. Obie od razu się zgadały i tak po chwili zostały nowymi koleżankami. Serena była świetną tancerką, jeździła na światowe turnieje, występowała za wielkie pieniądze. W przyszłości planowała uczyć tańca towarzyskiego innych. Poza tymi wszystkimi dobrymi rzeczami, miała też jedno duże szczęście. Kilka lat temu na Mistrzostwach Świata w piłce nożnej, jako wielka fanka Cristiano Ronaldo, próbowała dostać się do niego i poprosić o autograf. Teraz, już jako jego narzeczona, mieszkała z nim w Barcelonie, w dużym, pięknym i luksusowym domu. A Valerie na odwrót. Wcale nie lubiła Andersa Jacobsona. Zawsze wydawał jej się taki snobistyczny i zadufany w sobie. Dopiero na konkursie Pucharu Świata w Oslo, kiedy zobaczyła skoczka na żywo, jego urok ją urzekł. Pewnie można tu mówić o dużym szczęściu, bo Valerie wcale nie była najpiękniejszą kobietą na świecie. Zawsze chodziła w sportowych ubraniach, uwielbiała śmigać na desce snowboardowej i pić gorącą czekoladę. „Armię blondynek” – bo tak nazwały się Cady, Jull, Claud i Pey – poznała, kiedy jednego lata były w tym samym czasie na wakacjach w Australii. Już wtedy panna Bednarek spotykała się ze sławnym skoczkiem, lecz dopiero niedawno, on poprosił ją o rękę.
- Oczywiście, że jedziemy do Hiszpanii. W końcu zwiedzamy Europę, a nie Norwegię, Francję czy Niemcy. Co do tych ostatnich to ja nogi nie postawię u nich.
- Nie no, absolutnie! Szwabów przebrzydłych nie odwiedzamy i koniec kropka.
- Popieram.
- I ja!
Przyjaciółki jeszcze półtorej godziny siedziały u Claudie, lecz później Cadence i Julie pożegnały się i pojechały do swoich domów.
*
Cadence weszła do swojej sypialni i ściągnęła czarny żakiet. Wyciągnęła z szafy wieszak, powiesiła ubranie i już chciała włożyć wieszak z powrotem, kiedy jej wzrok zatrzymał się na pomarańczowej koszuli… męskiej. Wieszak spadł jej na podłogę, wzięła do rąk ową koszulę i przytuliła ją do siebie. Po policzkach poleciały łzy. Mimo wszystko, bolało ją to, że mężczyzna, którego kochała zdradził ją. Mogła się założyć o to, że gdyby go nie nakryła to pewnie jeszcze przez długi czas Ethan „działałby” na dwa fronty. Otarła dłonią mokre policzki i spojrzała na koszulę. Kilka sekund zajęło jej podjęcie decyzji. Wyciągnęła z szafy kolejne ubrania pozostawione przez jej byłego i spakowała je do worka na śmieci. Później wyniosła go do śmietnika za domem. Ulżyło jej.
*
Blondynki umówiły się, że w czwartek dwudziestego pierwszego lipca o godzinie siedemnastej spotkają się na lotnisku. Wcześniej Cadence i Julie załatwiły wszystkie sprawy związane z wyjazdem. Zadzwoniły do Sereny i Valerie i powiadomiły je o przyjeździe. Okazało się, że obecność na konkursie letniego grand prix w skokach narciarskich jest niemożliwe, bowiem nie są one organizowane w Norwegii i rozpoczynają się dopiero na początku sierpnia. Szczęściem w nieszczęściu było to, że Blondynki miały poznać i Andersa i Cristiano. Ich pierwszym przystankiem była Hiszpania i Barcelona. Później chciały zwiedzić Francję, Wielką Brytanię, Polskę, Norwegię i Finlandię. Inne państwa nie za bardzo je ciekawiły. Cóż, i tak zapowiadało się ciekawie.
Cadence usiadła na fotelu w samolocie obok Julie i spojrzała w małe okienko. Na razie za nim widać było jedynie ludzi wsiadających do środka. Postanowiła więc zaczekać, aż wzniosą się w górę i będzie mogła podziwiać piękne widoki. W końcu nie było ciemno i na pewno dużo mogła zobaczyć. Odwróciła się do swojej przyjaciółki i z uśmiechem anioła szepnęła:
- Dziękuję.

A notka dla Julki :*
Cady
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Fourth.

piątek, 9.marca.2007, 23:39
- Nie ma szans Jull. Nie będę się sama do niego łasić i podlizywać. Nie widzisz w jakim jestem stanie? - Jęczała Cadence, kiedy razem z przyjaciółką siedziały w salonie na fotelach i piły kawę.
Dussander od kilku minut nieudolnie próbowała namówić swoją przyjaciółkę, żeby sama udała się do ich szefa, pana Leonarda Smith’a i poprosiła o tygodniowy urlop. Ta jednak nie chciała tam iść i, naprawdę, nie miała zamiaru jej ustępować. Jak to ona, postawiła na swoim i za wszelką cenę nie zmieniała zdania. Problemem było też to, że obie panny były uparte jak jeden, wielki osioł i nie lubiły, kiedy ktoś kazał im coś robić. Trzeba też przyznać, że każdy, kto kiedykolwiek poznał te dziewczyny, dziwił się, że są przyjaciółkami i tak dzielnie się siebie trzymają. Cóż, może naprawdę w ich przypadku był to nie lada wyczyn?
Julie mocniej zacisnęła ręce na kubku i przewróciła stronę czasopisma, które właśnie czytała.
- Dlaczego? Cady, wiesz przecież, że ty lepiej na niego wpływasz i, że ciebie szybciej wysłucha. Ja zawsze byłam dla niego tą gorszą.
- Nawet tak nie mów! Jesteś ode mnie bardziej atrakcyjną dziewczyną i nikt temu nie zaprzeczy. Zresztą, i tak idziesz ze mną. Inaczej cały twój plan z wycieczką po Europie szlag trafi – dodała Potrow, kiedy Dussander ponownie otwierała usta, żeby coś powiedzieć.
- Och… No dobrze, już dobrze. Pójdziemy razem. W takim razie idę się przygotować.
Cadence uśmiechnęła się. Za dobrze znała Julie, żeby nie wiedzieć jak ją podejść. Szczerze mówiąc tylko ona potrafiła kłócić się z tą atrakcyjną feministką, inni wymiękali po drugim zdaniu. I działało to w dwie strony.
*
Dwie blondynki wyszły z dużego, pięknego domu i wsiadły do swoich samochodów. Pierwsza – Cadence - miała na sobie dopasowaną czarną spódnicę do kolan, białą bluzkę na guziczki i wysokie czerwone szpilki. Wsiadła ona do czarnego mercedesa klasy CL. Druga zaś - ubrana w białe, obcisłe spodnie – rurki, czarną bluzkę z dekoltem i szpilki – otworzyła drzwi błękitnego kabrioleta marki chevrolet, weszła do środka i odjechała za przyjaciółką w stronę ogromnego budynku, w którym mieściła się ich praca.
Jazda samochodem zajęła im niecałe dwadzieścia minut, jednak ten czas osiągnęły tylko i dlatego przez to, że - wyjątkowo – na drogach nie było dużych korków.
Zostawiły swoje cenne autka na parkingu pod tym olbrzymim drapaczem chmur i stukając obcasami po podłodze podeszły do głównego wejścia. Kiedy już znalazły się w środku od razu, bez słowa, skierowały się do windy. Kancelaria zajmowała piętro dziewiętnaste.
- Mam nadzieję, że Leoś jest w pracy – roześmiała się Julie i oparła o „ścianę” w windzie.
- Na pewno… Wiesz, że jest pracowity do entej.
- Nie wiem. Dobrze, że mi powiedziałaś, bo pracuję tu tylko od wtedy, kiedy ty.
- Nie kpij Jull, nie kpij.
Dźwięk pałki uderzanej w gong dał znać przyjaciółkom, że koniec rozmów i, że są już na miejscu. Przy metalowo-białej recepcji stał wysoki brunet z wielkim bukietem, który trzymał w rękach. Stał i rozmawiał z Allison, recepcjonistką. Cadence i Julie podeszły do tej dwójki i z uśmiechem przywitały się.
- Ally, czyżby nadmiar wielbicieli? – Zagadnęła Potrow i mrugnęła do rudowłosej.
- Witaj Cadence. Może i nadmiar, ale nie moich. To są dwa kosze róż dla ciebie. Szczerze mówiąc to ci wielbiciele nie za dobrzy skoro nie wiedzą, że najbardziej lubisz róże białe, a nie czerwone.
Blondynka stała i przerzucała wzrok kolejno z kwiatów na Allison, z Allison na mężczyznę, a z mężczyzny na kwiaty. W końcu ocknęła się i podpisała kartkę papieru, oświadczając, że odebrała te piękne, choć nie w jej typie, bukiety.
- Patrz, tu jest liścik… - Wtrąciła się Julie, wskazując na białą, małą kopertę wepchaną między róże. – Może pójdziemy do siebie, co?
Cadence skinęła głową, nadal będąc w lekkim szoku. Szoku, który zaraz miał ustąpić miejsca wielkiej złości i gniewu.
Dussander mówiąc „pójdziemy do siebie” miała na myśli gabinet, który przed ich przyjęciem do kancelarii stał pusty i dopiero z ich przybyciem wstawiono tam dwa biurka i inne szafki i szafeczki. Cóż, może i był mały, ale lepsze to niż gnieżdżenie się z jakimś marudnym prawnikiem w jednym pomieszczeniu.
Potrow otworzyła malutką kopertę i wyjęła z niej równie malutką karteczkę, na której znajomym pismem ktoś napisał:
Najdroższa! Proszę przyjmij te kwiaty na znak mojej miłości do Ciebie! Wybacz mi!
Ethan

PS: Tak bardzo Cię kocham, że wysłałem jeden bukiet do Twojego domu, a jeden do kancelarii. Zadzwonię do Ciebie i poproszę o spotkanie. Żegnaj!

Cadence jednym, zdecydowanym ruchem przedarła kartkę na pół, a później jeszcze raz na pół i jeszcze raz… Aż zostały z niej maluteńkie kawałeczki.
- Wredny, przebrzydły, bezczelny, chamski, puszczalski zdrajca! – Wykrzyknęła i spojrzała na przyjaciółkę. Ta patrzyła na nią z mocnym zdziwieniem w oczach.
- Nie powiedz mi, że to ten debil od chudej brunetki.
- Powiem ci, że to ten debil od chudej brunetki, zatkaj uszy – jęknęła cicho Cadence.
Nim Dussander zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, rozległo się pukanie do drzwi. Po chwili stanęła w nich rudowłosa Allison.
- Julie, pytałaś o szefa. Właśnie wrócił z sądu – oświadczyła i uśmiechnięta wyszła, zamykając za sobą drzwi.
- Cady, otrzyj łzy. Dopiero za kilkanaście minut będziesz miała powody do płaczu. Albo ze szczęścia, albo z rozpaczy – dodała szybko Dussander.
*
- Nie wierzę. Totalnie nie wierzę, że się zgodził! A widziałaś jego wyraz twarzy? Jakby w ogóle chciał nam zrobić dwumiesięczne wakacje… Rany, co w niego wstąpiło? – Krzyczała Cadence, kiedy dziesięć minut później ponownie wchodziły do swojego „gabinetu”. – Czujesz to, że pozwolił nam wyjść TERAZ z kancelarii do domu?
- Czuję, czuję. Też mnie to dziwi, chyba ktoś go zaczarował. Nie każe nam siedzieć do szóstej, daje nam tydzień urlopu… Może faceci nie są, aż tak źli?
- Ciebie też chyba ktoś zaczarował. Nieźli faceci? Jull! Ktoś mi podmienił przyjaciółkę! Jull! Wracaj! Wracaj!
Dussander głośno się roześmiała i wzięła swoją torebkę, która leżała na biurku. Cadence w tym czasie ubierała żakiet i poprawiała usta szminką.
- Ty szajbnięty wariacie, jedziemy do Claud. Wypadałoby też zadzwonić do Pey, żeby nas odwiedziła.
- Dzwoń. – Skwitowała krótko Potrow i uśmiechnęła się sztucznie do lustra. Stwierdziwszy, że wygląda tak jak wyglądać powinna schowała kosmetyk do torebki, zamknęła ją na zamek i skinięciem głowy dała przyjaciółce znak, że wychodzą.
Chwilę później znowu razem podążały przez parking w stronę swoich samochodów. Julie ciągle rozmawiała z Claudie, kiedy wsiadała do swojego chevroleta.
Cadence uśmiechnęła się do siebie i oparła głowę o kierownicę, gdy siedziała już w mercedesie klasy cl. Będą miały udany tygodniowy wypad do Europy. Oczywiście wątpiła, iż wrócą do Nowego Jorku na czas, jednak nadzieja w końcu umiera ostatnia, prawda?
Cady
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:


Szablon To 'cudeńko' zostało stworzone przeze Julkę, specjalnie dla Kingi.
A kysz!